Stan książek
Nasze książki są dokładnie sprawdzone i jasno określamy stan każdej z nich.
Nowa
Książka nowa.
Używany - jak nowa
Niezauważalne lub prawie niezauważalne ślady używania. Książkę ciężko odróżnić od nowej pozycji.
Używany - dobry
Normalne ślady używania wynikające z kartkowania podczas czytania, brak większych uszkodzeń lub zagięć.
Używany - widoczne ślady użytkowania
zagięte rogi, przyniszczona okładka, książka posiada wszystkie strony.
Miejsce urodzenia: Dzierżoniów
Masz tę lub inne książki?
Sprzedaj je u nas
Uwielbiam podróże, choć moja najdłuższa i najbardziej wymagająca wyprawa odbyła się jeszcze zanim przyszłam na świat. Było to wiosną 1946 roku, kiedy rozpoczęła się moja pierwsza podróż - z Iżewska, położonego na zachód od Uralu, do Dzierżoniowa, malowniczego miasta na Dolnym Śląsku. Podczas tej wędrówki, kończącej się latem tego samego roku, wydarzenia przemykały mi niezauważone, ale towarzyszyło im wiele zagrożeń. Wówczas Dzierżoniów po wojnie nosił nazwę Rychbach, a wcześniej, będąc niemieckim miastem, nazywał się Reichenbach.Podróż trwała kilka miesięcy i obejmowała około dwa i pół tysiąca kilometrów. Razem z rodzicami przemieszczałam się, nieświadoma niczego, głównie pociągiem, czasem statkiem, autobusem, a niekiedy także pieszo. Mój ojciec, obywatel Polski, miał prawo do repatriacji, a moja matka, będąc Rosjanką i obywatelką sowiecką, mogła jako jego żona dołączyć do podróży. Pracując jako lekarz, była odpowiedzialna za przewóz polskich sierot z różnych części szerokiego imperium radzieckiego, takich jak Syberia, Kazachstan, Uzbekistan i inne -stany. Choć zawodowo była dentystką, w sytuacjach takich jak ta, była po prostu lekarzem. Nie znała polskiego, ale podobnie było z większością przewożonych dzieci, zwłaszcza tych najmłodszych.
Wybierz stan zużycia:
WIĘCEJ O SKALI
Uwielbiam podróże, choć moja najdłuższa i najbardziej wymagająca wyprawa odbyła się jeszcze zanim przyszłam na świat. Było to wiosną 1946 roku, kiedy rozpoczęła się moja pierwsza podróż - z Iżewska, położonego na zachód od Uralu, do Dzierżoniowa, malowniczego miasta na Dolnym Śląsku. Podczas tej wędrówki, kończącej się latem tego samego roku, wydarzenia przemykały mi niezauważone, ale towarzyszyło im wiele zagrożeń. Wówczas Dzierżoniów po wojnie nosił nazwę Rychbach, a wcześniej, będąc niemieckim miastem, nazywał się Reichenbach.Podróż trwała kilka miesięcy i obejmowała około dwa i pół tysiąca kilometrów. Razem z rodzicami przemieszczałam się, nieświadoma niczego, głównie pociągiem, czasem statkiem, autobusem, a niekiedy także pieszo. Mój ojciec, obywatel Polski, miał prawo do repatriacji, a moja matka, będąc Rosjanką i obywatelką sowiecką, mogła jako jego żona dołączyć do podróży. Pracując jako lekarz, była odpowiedzialna za przewóz polskich sierot z różnych części szerokiego imperium radzieckiego, takich jak Syberia, Kazachstan, Uzbekistan i inne -stany. Choć zawodowo była dentystką, w sytuacjach takich jak ta, była po prostu lekarzem. Nie znała polskiego, ale podobnie było z większością przewożonych dzieci, zwłaszcza tych najmłodszych.
