Dodana przez
Daria Ł.
w dniu 27.08.2024
Opinia użytkownika sklepu
Styczeń 1996. Warszawski Tarchomin. To właśnie tutaj dochodzi do niezwykle brutalnego zabójstwa 22-letniej Jolanty Brzozowskiej na tle rabunkowym. Zabójstwa dokonanego rzekomo bez większego planu przez trójkę ówczesnych maturzystów: dwóch chłopaków i jedną dziewczynę. Za narzędzia zbrodni posłużyły im dwa noże, kij bejsbolowy oraz… noga od stołu. Sprawcy wpadli miesiąc później w dużej mierze przez duplikat numeru skradzionego pagera, gdy sprawa zdążyła już nabrać niejakiego rozgłosu medialnego. Stanowisko sądu orzekającego było nieugięte i jednoznaczne: dożywocie dla każdego, co oznacza, że Monika Osińska miała już na zawsze zapisać się w historii kraju jako pierwsza kobieta skazana na karę dożywocia (nie znamy dokładnych danych, jednak szacuje się, że obecnie ich liczba nie przekracza kilkunastu). Kobieta niedawno wyszła na przedterminowe zwolnienie warunkowe – dokładnie po spędzeniu 27 lat za kratami w więzieniach o różnym rygorze. Gdzie nie została przeniesiona, tam i tak była określana jednym słowem: dożywotka. Ewentualnie Osa, choć walczyła by nazywać ją po imieniu, a stopień jej winy było nieco lżejszy niż kolegów.
„Czy możemy być pewni, kto z całej trójki mówił prawdę, a kto kłamał? I kiedy mówił prawdę, a kiedy kłamał? Co przemilczeli?”.
W sprawie pracy. Tak to sobie umyślili. I tak też powiedzieli przez domofon, żeby wpuściła ich do mieszkania. Mieszkania, w którym mieściła się również firma Abigail zajmująca się kolportażem krzyżówek. Jedynie Yogi znał przyszłą ofiarę, jako że pracował w tym interesie i poza pobieraniem oficjalnego wynagrodzenia, kręcił również wałki na boku. Któregoś razu w szkolnym bufecie pomyśleli, że przydadzą im się pieniądze na studniówkę, żeby jakoś wyglądać. Można by więc umówić Osę, podając że chce się zatrudnić. A dalej już pójdzie. Ostatecznie mieli tylko unieszkodliwić pracownicę biura, szwagierkę szefa; co najwyżej ogłuszyć. Ktoś z nich w międzyczasie miał plądrować lokal. Finalnie zabrali stosunkowo niewiele: magnetowid, dwa pagery, trochę biżuterii i jakieś dokumenty. No i naprawdę śmiesznie małe pieniądze. Trochę szkód materialnych też narobili. Wcześniej jednak ze szczególnym okrucieństwem pozbawili życia młodą, pełną życzliwości kobietę, która z uśmiechem i ufnością przywitała ich w progu, po czym zaprosiła do środka. Tak naprawdę całą trójkę niewiele łączyło poza uczęszczaniem do tej samej szkoły średniej. Dzieliła ich sytuacja rodzinna, różniły także warunki materialne. Osa bliżej znała Gołębia. Yogiego, prowodyra i pomysłodawcę przestępstwa – w sumie nie bardzo. W sprawie zabójstwa oraz rabunku, którego się dopuścili, powstało 10 tomów akt i 200-stronicowe uzasadnienie wyroku napisane przez samego sędziego. To plus niezaprzeczalny szum medialny, którego rozpiętość ciągnęła się przez lata za sprawą Krzysztofa O. nie dającego o sobie zapomnieć. Czy był pogrążonym w żałobie członkiem rodziny czy też raczej cwanym mścicielem, który wiedział jak pociągać za sznurki znajomości, by jak najwięcej ugrać dla siebie?
„Dożywocie, dożywocia, dożywociu, dożywociem. Krzysztof O. odmieniał swoją wizję kary przez przypadki, a dziennikarze wysyłali ją w Polskę. Krzysztof O. żądał dożywocia w gazetach porannych, w audycjach popołudniowych, w wiadomościach wieczornych. Tatar na dzień dobry, na dobry wieczór, na dobranoc, tatarem, tatara, tatarze”.
Wojciech Tochman. Głośne nazwisko w świecie reportażu. Choć w moim przypadku znane dotychczas jedynie ze słyszenia wyłącznie pod postacią superlatyw, co przyznaję z pewnym wstydem, gdyż mam sporo do nadrobienia. „Historia na śmierć i życie” powstała w dużej mierze z potrzeby uhonorowania pamięci Lidii Ostałowskiej, która jako pierwsza z niezwykłą starannością oraz empatią pochylała się przez kilka lat nad losem Moniki Osińskiej. Do czasu aż ich spotkania ustały na prośbę osadzonej. Zostały po nich opisane teczki wypełnione po brzegi rzetelnym materiałem, który miał posłużyć jako podwaliny pod „feministyczną książkę, jakiej dotąd nie było”. Nie zdążyła… Zaś pan Wojciech kontynuując pracę wieloletniej przyjaciółki oddaje jej jednocześnie hołd jako kobiecie, którą była oraz pełnej pasji profesjonalistce, znającej się na własnym rzemiośle, jak mało kto. Tak więc reportaż ma po prawdzie dwie bohaterki: tą, która wysłuchała i uwierzyła, oraz tą, która odzyskała głos po latach niewidzialności i życiu z przypiętą łatką, z ledwie tlącą się nadzieją na cokolwiek.
„Pamięta początki za murem. Pierwsze dwa lata ryczała. Tylko swój płacz pamięta z tamtej codzienności. Trudno było pojąć, że tak już zostanie: mur, krata, łaźnia. Niczego już nie da się odwrócić, niczego zmienić. Sama na zawsze. Niczyja. Żadnego czułego spojrzenia, dotyku. Żadnego wyboru, żadnej własnej decyzji. Ani własnej pościeli. Zawsze? Co to znaczy? To zawsze? Umiała ocenić? Zrozumieć? A dzisiaj już rozumie? Czuje to? Tego się nie da ogarnąć jakąś spokojną myślą”.
Reportaż od samego początku uderza mocno. Chwyta za gardło. Szokuje opisem zadanych obrażeń (a wydawało mi się, że w kwestii true crime niewiele już jest mnie w stanie zaskoczyć) oraz bezdusznością młodocianych sprawców, którzy po wszystkim byli w stanie pójść na pizzę. No i tatar. Ten nieszczęsny tatar, tyle razy przywoływany w sądzie oraz cytowany w mediach jako przykład skrajnej demoralizacji i psychopatycznie ukształtowanej osobowości. Czy słusznie? Nie sposób oderwać się od lektury, reportaż czyta się zresztą błyskawicznie. Być może spora w tym zasługa przemyślanej konstrukcji - dynamicznych przeskoków między pierwszoosobową narracją a narracją reportera. Tym sznytem charakterystycznych choć krótkich zdań. Zdań oddających strumień mowy potocznej. Na ogół dość szorstkich w wydźwięku, lecz łagodniejących w obliczu wspomnień o Lidii. Zresztą sama Monika wspomina ją z niejaką czułością po kilku latach od jej śmierci. Bo też wiele zawdzięcza reportażystce.
„Słowa to tutaj sprawdzona forma przemocy. Słowa spychają człowieka w coraz większe opuszczenie. Jej rozpaczą zarządza Służba Więzienna, tak jak niemal każdym ruchem, myślą, oddechem”.
„Historia na śmierć i życie” to nie tylko zapis zbrodni oraz eliminacyjnej kary i jej pokłosia. To również opowieść o funkcjonowaniu systemu karnego i zasadności bezwzględnego wyroku, który jest w zasadzie zastępstwem kary śmierci . To historia o kobiecie, która nie zdołała poznać czym jest dorosłe życie na wolności. Której na każdym niemalże kroku odmawiano przywilejów, mimo iż się jej prawnie należały ze względu na czas trwania kary oraz dobre sprawowanie. Chęć rozwoju. Trwanie. Zawieszenie. Odmowy. Codzienność jakby odrysowana przez kalkę. I tak niemalże przez trzydzieści lat. Nie jestem w stanie określić na ile sympatyzuję z Moniką, i czy w ogóle budzi we mnie takie odruchy. Nie brak jej samozaparcia i inteligencji – to pewne. Fakt faktem pewne kwestie wychodzą na jaw dopiero pod koniec lektury i mogą nieco wpłynąć na zmianę początkowej perspektywy. W swoistym posłowiu zatytułowanym „Słowa wdzięczności i inne sprawy” autor ponownie przypomina o pracy wykonanej przez Lidię oraz wzmiankuje, że jego własna dokumentacja trwała ponad dwa lata (co też zbiegło się w czasie z wyjściem Moniki na wolność). Otwarcie mówi również o tym, kto mu pomógł a kto odmówił. Zachęca przy tym do dyskusji o celowości kary dożywocia. Czy to już powolne tortury łamiące prawa człowieka, przy których kara śmierci wydaje się bardziej humanitarna? I czy jest tutaj w ogóle miejsce – i jakikolwiek sens – na resocjalizację? Co zamiast dożywocia w przypadku osób nierokujących poprawy? Recydywistów? Czasu i popełnionych czynów nie sposób cofnąć. Czy wystarczającym kieratem mogą być wyrzuty sumienia oraz odarcie z prywatności, decyzyjności? Brak życia na jego starcie?