Emocjonalny szantaż, którego potrzebujemy. Czytamy „Moich przyjaciół” Fredrika Backmana

5 min
Autor: Klaudia Wójcik Opublikowano 2026-08-21 13:53:08
Okładka książki Czytamy „Moi przyjaciele”

Kiedy Wydawnictwo Marginesy zapowiedziało na początku maja wydanie nowej książki Fredrika Backmana, oczekiwania wobec niej miałam naprawdę ogromne. To autor, którego tyleż cenię, co się obawiam, obserwując, jak układa losy swoich bohaterów. Czy „Moi przyjaciele” dorównali „Miastu niedźwiedzia”? Zapraszam na recenzję.

Spis treści:

Diabeł, który tkwi w namalowanych szczegółach

O „Moich przyjaciołach” usłyszałam przy okazji ubiegłorocznego plebiscytu Goodreads Choice Awards, w którym zresztą zwyciężyli w jednej z czołowych kategorii Readers' Favorite Fiction, pokonując m.in. takie wydane już w Polsce tytuły, jak „Samotność Sonii i Sunny'ego” Kiran Desai (finał Nagrody Bookera) czy „Króla serce” Lily King (finalistka Women’s Prize for Fiction oraz The British Book Awards). I choć oczywiście nie jest to zupełnie wiarygodna ocena poziomu i wartości książki (na głosy czytelników mogą wpływać choćby jej promocja i często płatna obecność w bookmediach), to bez wątpienia mówi nam to coś na temat jej przestępności. A tu Backman bije konkurentów na głowę.

 

Zanim do tego przejdziemy, krótko o treści, choć trudno jest lawirować między spojlerami, które psują radość z samodzielnego „odpakowywania” tej historii. W pewnej galerii sztuki wisi na honorowym miejscu OBRAZ. Nie byle jaki – namalowany przez enigmatycznego Artystę, unikatowy i bardzo cenny, pojemny w nieskończenie wiele sensów przypisywanych mu przez snobistycznych widzów. Wśród nich znajduje się Louisa, dziewczyna z talentem do znikania, która już-już za chwilę przekroczy próg pełnoletności i wyrwie się wreszcie z systemu opieki zastępczej. Zna obraz tylko z pocztówki i przyjechała tu specjalnie po to, by go nie tyle obejrzeć, ile doświadczyć.

 

Tam, gdzie wszyscy widzą morze, Louisa dostrzega coś więcej – drobne postaci na molo, dla których to, co poza nim, zdaje się nie mieć znaczenia. Jeszcze nie wie, że lada chwila jej ścieżki przetną się z bohaterami tego obrazu. Jeszcze nie wie, że czeka ją długa i bardzo wyboista podróż – także w czasie – by zrozumieć ich przeszłość i wejść w tak potrzebną kolizję z teraźniejszością.

 

 

Fredrik Backman przyzwyczaił nas już do tego, że pisząc o sprawach bardzo przyziemnych, przemyca w swoich książkach uderzającą głębię. W pozornie prostą historię wplata zdania, które niejednokrotnie każą nam przerwać lekturę, by przyjrzeć im się z różnych stron. Mamy tu zresztą całkiem sporo dosadnego języka i niewybrednych żartów (także o… puszczaniu bąków). Współczesna akcja pędzi do przodu na łeb na szyję, przeplatając się z leniwą, nostalgiczną (choć podszytą ogromnym napięciem), urywaną w kluczowych momentach opowieścią-retrospekcją o młodości Artysty i jego przyjaciół. 

 

Gdzieś głęboko w środku nie mogę wybaczyć autorowi emocjonalnego szantażu, który funduje swoim czytelnikom. Tworzy postaci, którym kibicujemy, o które troszczymy się niczym o naszych bliskich – które zwyczajnie łatwo jest pokochać – i od samego początku nie zostawia nam złudzeń, że ich losy potoczą się szczęśliwie. A że bohaterami jego książek są często ludzie bardzo prawdziwi i bardzo młodzi, to zależy nam na nich podwójnie. Tak było w doskonałym „Mieście niedźwiedzia”, tak jest i w „Moich przyjaciołach”.

 

Nie da się zresztą uniknąć porównań do tej wcześniejszej trylogii autora – przez wiek bohaterów i to, jak życie się z nimi obeszło, przez szorstką rzeczywistość rodzącą jednostki zbyt wrażliwe, by w niej funkcjonować. O ile jednak historia z Björnstad skupiała nam jak w soczewce obraz mieszkańców małego miasteczka, o tyle w nowszej powieści Backman zawęża perspektywę do grupy przyjaciół i wcale-nie-bezpiecznych domów w portowej mieścinie.

A czego zabrakło w „Moich przyjaciołach”?

Mimo popularności i pozytywnych opinii towarzyszących „Moim przyjaciołom” można dopatrywać się w nich pewnych mankamentów. Autorowi zdarza się popadać w nieco zbyt podniosły, wręcz kaznodziejski ton, choć – trzeba przyznać – widać, jak bardzo się z tym pilnuje. Przeplatanie dwóch linii fabularnych, w których obie zawierają zagadkę do rozwiązania, bywa nieco męczące, zwłaszcza gdy bieżące, bardzo dynamiczne wydarzenia wytrącają nas z zanurzenia się w wolniejszej, ale o wiele bardziej angażującej przeszłości. Zabrakło mi także pogłębienia tematu tego, co ukształtowało jednego z bohaterów, kiedy opuścił już rodzinne miasteczko. W tym przypadku takie „czyste karty”, na które możemy przelać swoje domysły, wydają mi się nawet mniej interesujące niż to, co mógłby nam o tej postaci opowiedzieć sam autor.

 

„Moi przyjaciele” to piękna opowieść o ratującej przed osunięciem się w ciemność sile przyjaźni i sztuki, ale także o wyobcowaniu i samotności. Rzadko zdarza się, bym potrzebowała dłuższej przerwy w trakcie czytania już rozpoczętej książki, by uporządkować emocje, które we mnie wzbudziła (ostatnio przy wstrząsającym „Jagnięciu” Lucy Rose). To była jedna z takich historii. 

Tematy

Komentarze

Brak komentarzy...

Dodaj nowy komentarz
Tekst musi mieć więcej niż 50 i mniej niż 20000 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się na swoje konto, aby mieć możliwość komentowania. Przejdź do strony logowania.

Wypłaciliśmy już 40 331 923 zł za sprzedane książki w Skupszop.pl

Kamera

Kod należy wpisać bez pauz oraz spacji

Polecamy sprawdzić

APLIKACJA MOBILNA

Kupuj i sprzedawaj
w jednym miejscu

Drop List
Books List

Polecamy sprawdzić