Fabuła była dla mnie ciekawa od samego początku czytania tej książki a w jej centrum można obserwować króla Jana i śmiertelnie obrażonego lorda, który chciał zapobiec połączeniu rodzin Millicent i Wulfa. Kochałam Millicent i Wulfa, a nienawiść między nimi była kulminacją kilku nieporozumień z przeszłości, z których pierwsze miało miejsce, gdy byli dziećmi. Zarówno Wulf i Mili nie są szczególnie podekscytowani perspektywą małżeństwa. Spotkali się raz jako dzieci i była to taka katastrofa, że żadne z nich nie zapomniało o tym przez resztę swojego młodzieńczego życia. Milisant to taka dobra postać, podobnie jak Wulfric. Uwielbiam iskry miedzy nimi gdy są razem! Od początku książki, kiedy Mili jest taka trudna w kontaktach z innymi i stawia opór pomysłom Wulfrica, które ten podejmuje aby zyskać jej zainteresowanie…. to było zabawne, przypominało pierwszą, szkolną miłość!
Piękna Milisant Crispin i przystojny, arogancki Wulfric, przyszły Earl of Shefford, są zaręczeni - i rzadko kiedy zaręczona para była mniej dopasowana nawet w czasach gdy to rodzice młodych ludzi decydowali o ich przyszłości. Jej ojciec zadecydował, że Milisant ma miesiąc na przyzwyczajenie się do przyszłego hrabiego, zanim dojdzie do ślubu…. Pewnie słyszeliście o miesiącu poślubnym, tutaj główna bohaterka dostaje od ojca osobliwy prezent: miesiąc ale przedślubny! W miarę upływu czasu Milisant desperacko szuka drogi ucieczki., ale Wulfric sam wpada w zaklęcie rzucone przez dumną, silną kobietę, która za kilka dni zostanie mu oddana wbrew swojej woli. Tylko raz, gdy byli dziećmi, jej ptak (prawdziwy ptak!) zaatakował Wulfrica, który przypadkowo zabił go, gdy dziewczyna zrzuciła go z siebie. Milisant nigdy nie zapomniała tego incydentu, a kiedy dowiaduje się, że jest zaręczona z tym okropnym chłopcem, który teraz jest mężczyzną, i to przystojnym, balansuje miedzy nadzieją i obłędem, przechodzi na kartach książki bardzo ciekawy akt buntu! To była dobra lektura, gładka i dialog był wiarygodny, ale konflikt między H / H był trochę przesadzony i wydawało się, że Milisant (bohaterka) był trochę zbyt gorzki i urazy. Nie mogłam się doczekać, aby zobaczyć, co się stanie dalej między Milisant i Wulfric. Niektóre z postaci, takich jak Neil (ojciec Milisant) miał ciekawe, małe dziwactwa, których śledzenie sprawia frajdę na kartach tej książki;-)
Wiem, że wiele osób narzekało, że w tej książce było mało seksu i nie lubili niektórych jej bohaterów, ale osobiście nie mogę się tym nie zgodzić. Doskonała lektura. Uwielbiam książki Johanny Lindsey! Cała linia fabularna w tej książce była lepsza aniżeli podobne pozycje z gatunku od autora i trzyma w napięciu niczym rasowy thiller. Sam pomysł na fabułę był może trochę przewidywalny, ale to jest OK, bo to w końcu historyczny romans i wszystkie mają być ….pół-przewidywalne czyli trochę chcemy wiedzieć co się dalej stanie, a trochę pragniemy być zaskoczeni! Naprawdę podobało mi się poznanie głównych bohaterów i cieszyłam się, że mam silną kobietę przed oczami, która doskonale wie czego chce, a nawet jeśli to odważna teza i nie wie, to na pewno wie czego nie chce! Przynajmniej na początku….
Nie jestem pewien, dlaczego podobała mi się ta książka, myślę, że była to ciekawe połączenie dobrego stylu pisania autorki, złożoność postaci, rozmach fabuły i …. porywającego humoru! W połowie książki chciałam tylko momentami potrząsnąć naszą bohaterką aby się ogarnęła w tych swoich wielkich niechęciach do zakochanego w niej mężczyzny :D Wtedy przypomniałabym sobie, że ma tylko osiemnaście lat i to właściwie normalne zachowanie w tym wieku.
Milisant jak mogliście się domyśleć ze wstępu tej recenzji jest chłopczycą. Lubi nosić legginsy i lubi chodzić na polowania, czyli oddaje się typowym, męskim rozrywkom :D Wulfric nie lubił tego w niej i dał jej wyraźne wskazówki i zasady do stosowania się, ta jednak miała je za nic…. Prawdziwa buntowniczka! Mili nie była lepsza. Od samego początku była do niego uprzedzona, obrażając go za każdym razem, gdy nadarzyła się ku temu okazja. Wciąż go obrażała, kiedy on tylko chronił ją przed krzywdą jaką mogła doznać ze strony innych. Nie muszę dodawać, że przez pierwszą połowę nienawidziłam ich obojga po równo za ten dość dziecinny sposób spędzania razem czasu? Z tego powodu nie byłam zbytnio zaangażowana w ich związek i chyba właśnie to czyni tę książkę…. wyjątkowo mało romansową. Jak mogłabym kibicować parze tych bohaterów, gdy podstawą ich związku są kłamstwa, tajemnice, sceptycyzm i nienawiść?
Nie dziwi więc fakt, że jeśli chodzi o część romansową, to powiedziałabym: Oto! Pole, na którym uprawiam moje buraki... Spójrz na nie, a zobaczysz, że jest jałowe.
Ich nienawiść do siebie nawzajem zaślepiła ich zdrowy rozsądek. Pokazały to lekkomyślne decyzje Milisenta (Spoiler!) POWIEDZCIE MI PROSZĘ: DLACZEGO kiedy książki HR potrzebują konfliktów to zawsze dziewczyna robi głupie rzeczy? Wulfric, który na początku był absolutnym łobuzem, zaczął być coraz lepszy w swoich staraniach i byciu porządnym człowiekiem. Zmienił się z goryla w mężczyznę, który ma mózg i potrafi go używać, początkowo wcale go o to nie podejrzewałam! A Milicent w miarę upływu czasu, nie pozostaje w tyle i tez jak by….. dojrzewa na kolejnych stronach książki?
Wyraźnie pamiętam, kiedy odkryłam, ze oboje mają mózgi (czyli po prostu prowadzą normalną rozmowę, omawiając konflikt a nie histeryzując!). To był rozdział 39, kiedy dostrzegłam zdrowy rozsądek miedzy nimi, a oni sami zaczęli w końcu rozmawiać jak normalni ludzie - odkładając na bok swoją nienawiść i uprzedzenia! Ta rozmowa sprawiła mi taką ulgę, że wróciłam i przeczytałam ją jeszcze raz, żeby delektować się ich prawdziwą rozmową wolną od buntu młodości jaki wcześniej prezentowali. Od tego rozdziału, wszystko zaczęło wyglądać dobrze. Nawet ich okazjonalna zazdrość wydała mi się urocza.
Po ich ślubie, książka faktycznie przekształciła się w przyzwoity romans! Ostatnie kilka rozdziałów było takie wręcz…. delikatne, a motyw gdy Wulfric akceptuje swoja wybankę taką, ją jak ona była to zakończenie, którego spodziewa się każda kobieta… Szybko stali się dobrą parą, a to wszystko przez ich zaufanie do siebie. Nie byli już zazdrośni i... łapcie to... faktycznie słuchali siebie nawzajem! WOW! Kto by pomyślał, że skuteczne komunikowanie się może rozwiązać takie problemy?
Jestem sprawiedliwa czytelniczką w swoich osądach, nie zapomniałam zatem o wielkiej niechęci, jaką czułam na początku do tej powieści, o czym świadczy ból, jaki teraz odczuwałam na głowie, nie zdziwiłabym się, gdybym znalazła na niej łyse plamy. Nie wybaczyłam łatwo tej pierwszej części że tak się ciągnęło jak masło rozsmarowane na zbyt wielu kromach, z drugiej strony cierpliwość została nagrodzona magią ostatnich kilku rozdziałów.
Zostawiam 4 gwiazdki, bilans zysków i strat dla tej książki jest w mojej ocenie pozytywny i zachęca aby sięgnąć po kolejne powieści z gatunku romansu co niniejszym czynie, zegnam się z wami i lecę czytać kolejną książkę od Lindsey!