Relacje pomiędzy Chinami i Afryką w przeszłości cechowały się daleko idącą przemocą i pogardą. Państwo Środka prezentuje osobliwe podejście do polityki międzynarodowej, a w oczach chińskich decydentów nie ma znaczenia, jaki ustrój panuje w danym kraju – liczy się interes ekonomiczny i potencjalne zyski. Obecnie chińskie inwestycje widoczne są szczególnie w Afryce, przedstawiciele Pekinu lądują w kolejnych stolicach afrykańskich państw i wyciągają na stół walizki pełne dolarów. To robi wrażenie na lokalnych watażkach, opierających swoją władzę na finansowaniu armii, których jednym zadaniem jest pacyfikowanie nieposłusznych obywateli. I choć wspomniane wyżej działania mają miejsce pod płaszczykiem gospodarczego wzrostu, przede wszystkim zmierzają do realizowania nowoczesnej formy neokolonializmu. Tidiane N'Diaye, autor książki „Żółte i czarne”, to politolog senegalskiego pochodzenia, a podtytuł książki „Historia chińskiej obecności w Afryce” stanowi cenną sugestię w przedmiocie analiz afrykańskiego badacza. Już pierwsze strony książki mocno mnie zaskoczyły. Okazało się, że intencją politologa nie było prowadzenie historycznych wykładów ani tym bardziej głębokich analiz na podstawie skomplikowanych równań matematycznych. Zamiast tego autor proponuje nam formę eseju, który skądinąd czyta się niezwykle przyjemnie, a punktem wyjścia dla jego napisania było przyjrzenie się z bliska osobliwym relacjom pomiędzy Chinami i poszczególnymi państwami afrykańskimi, które obecnie znajdują się na szczycie inwestycji Państwa Środka. W życiu nie ma jednak nic za darmo, tym bardziej w relacjach z Pekinem, pojawia się zatem pytanie, jaką cenę przyjdzie zapłacić Czarnemu Lądowi za przeorientowanie gospodarek lokalnych państw na niespokojny region Azji Południowo — Wschodniej?
Czytając książkę „Żółte i czarne” zaskoczyło mnie, z jaką starannością Tidiane N'Diaye analizuje bilans chińskich inwestycji w Afryce. Autor wybrał kilka obszarów dla zobrazowania omawianej problematyki, ponadto odwołuje się do kontekstów historycznych oraz geopolitycznych, bez których trudno w zglobalizowanym świecie zrozumieć położenie słabszych państw wobec mocarstwa, jakim niewątpliwie Chiny stały się na przestrzeni ostatnich czterech dekad. Taki pomysł na książkę przynosi kompleksowe spostrzeżenia nie tylko w zakresie bieżącej polityki i kierunku rozwoju Afryki, ale przedstawia również odpowiedzi na pytania o jej przyszłość. I nie są to odpowiedzi, które mogłyby nas podnieść na duchu wobec napiętej sytuacji na arenie międzynarodowej.
Geneza relacji Państwa Środka z Afryką została nakreślona przez Tidiane N'Diaye z rozmachem, nie brakuje w niej również ironii i sarkazmu, szczególnie w zakresie postawy chińskich decydentów, którzy lubują się w interpretowaniu historycznych wydarzeń w dość osobliwy sposób. Co autor książki „Żółte i czarne” myśli o instrumentalizowaniu polityki historycznej przez Pekin? W książce pojawia się kilka przykładów związanych z retoryką Chin w przedmiocie „długich tradycji” związanych z obecnością przedstawicieli Państwa Środka w różnych zakątkach Afryki. Niektóre z nich wydają się zabawne, inne z kolei pozwalają zrzucić maski z poważnych twarzy chińskich decydentów, kiedy Ci mówią o wartościach i budowaniu dobrobytu na kontynencie afrykańskim. Czytając książkę, zaznaczyłem sobie niektóre fragmenty, aby do nich wracać, a wśród moich ulubionych były te związane z wysłaniem w przeszłości dzikich zwierząt, m.in. żyrafach na dwór cesarza Chin. A to nie wszystko! Chińczycy powołują się również na podróż żeglarza Zhen He do Afryki, co miało miejsce w kresie rządów dynastii Ming – ostatniej panującej w Chinach. Mało? Pekin chwali się również bogatą historią stosunków z Czarnym Lądem, wskazując, że... dysponuje najstarszym zabytkiem kartograficznym, przedstawiającym kontynent afrykański na mapach. Według chińskich władz ów mapa została sporządzona w 1389 roku. To tylko niektóre z przykładów na barwną poliykę historyczną prowadzona przez chińskie władze, nie sposób jednak zrozumieć, w jakim stopniu wpływają one na dzisiejsze inwestycje prowadzone przez Chiny, szczególnie na obszarze Afryki Zachodniej. Odniesienia historyczne sam autor traktuje jako ciekawostkę — narracja Tidiane N'Diaye nie pozostawia złudzeń, że koincydencja historycznych kontaktów Chin i Afryki w odniesieniu do współczesnych inwestycji jest zaledwie symboliczna, a jednak stanowi solidny fundament w chińskiej narracji związanej z kolejnymi gigantycznymi projektami realizowanymi na Czarnym Lądzie. Tidiane N'Diaye przywołuje przykład chińskiej porcelany, obecnej w pozostałościach Wielkiego Zimbabwe, nie wskazuje jej jednak jako punktu zwrotnego w relacjach gospodarczych, a raczej ocenia jako symbol archeologicznego dorobku, z którego Afryka słynie jako kontynent przez wieki cieszący się zainteresowaniem bardziej rozwiniętych państw. Reasumując wątek historyczny, autor poświęca mu sporo czasu we wstępie do książki „Żółte i czarne”, przedstawia z przymrużeniem oka historie kontaktów Państwa Środka i Afryki, wskazuje przy tym, że nie ma powodów, aby uważać, że w przeszłości Chiny prezentowały postawę inną, niż kraje Europy czy Ameryki Północnej. Wyzysk, niewolnictwo i uprzedmiotowienie leżą w naturze Chińczyków tak samo, jak miało to miejsce w przypadku białych ludzi. Czy wywołało to we mnie zaskoczenie? Zupełnie nie. Chiny znane są bowiem ze swojego przekonania o wyższości chińskiej kultury nad pozostałymi narodami świata i nie jest to w żadnym stopniu nadużycie. Tidiane N'Diaye powołuje się na chiński sinocentryzm, kluczowy dla oceny inwestycji dokonywanych przez Pekin w różnych obszarach świata. W tym zakresie autor wraca do wydarzeń sprzed 150 lat. Wojny Opiumowe wywołały wstrząs i poważne tąpniecie cywilizacji chińskiej. Wcześniej w Państwie Środka dominowało przekonanie, że państwa można podbić, cywilizacji jednak nie da się pokonać. Chiny w przeszłości były wielokrotnie podbijane, jeszcze częściej same prowadziły ofensywne kampanie przeciwko swoim sąsiadom. W mniemaniu chińskich decydentów nie miało to jednak większego znaczenia dla kontynuacji chińskiej myśli strategicznej. Podział społeczeństwa nie był bowiem kastowy, jak to miało miejsce w Europie, gdzie przynależność do stanu chłopstwa czy szlachty w zasadzie naznaczała człowieka i odpowiednio zamykała lub otwierała mu drogę do lepszego życia. W Chinach było przeciwnie – to nie status urodzenia, ale to, kim był człowiek dany człowiek, okazywało się kluczowe dla oceny, czy jest wrogiem, czy też przyjacielem kultury chińskiej. Inaczej mówiąc, barbarzyńcy, jak Chińczycy nazywali inne narody, mogli stać się członkami szeroko rozumianej chińskiej cywilizacji, o ile przyjęli język, zwyczaje i kulturę chińską. Taki sposób myślenia sprawiał, że nawet jeśli Chiny były podobijane przez wrogie armie, wkrótce ich wodzowie stawali się bardziej „chińscy” niż sami Chińczycy. Wszystko zmieniło się jak zauważa Tidiane N'Diaye w połowie XIX wieku, kiedy na morzu południowo — chińskim pojawiły się okręty pod banderą Wielkiej Brytanii. Zderzenie z cywilizacją tak wielką, jak brytyjska, wywołało w Chińczykach poczucie słabości, kultywowane do dzisiaj zresztą. W międzyczasie wzmacniane było ono przez uderzenie Japonii na początku XX wieku, do dziś zresztą Kraj kwitnącej Wyspy nazywany jest w chinach „Małym Demonem”. Dlaczego warto o tym wiedzieć? Tidiane N'Diaye wielokrotnie podkreśla, że polityka historyczna prowadzona przez Pekin służy jako instrument do realizacji twardych interesów Państwa Środka. A fakt, że w ciągu ostatnich 200 lat Chiny były podbijane przez zachodnie kraje stanowi w ocenie Pekinu okoliczność, za sprawą której, między azjatyckim tygrysem i czarnym lądem istnieje osobliwa nić porozumienia. Inaczej mówiąc, Chiny wysyłają sygnał: „Biali ludzie przyszli do was i zabrali wam ziemię i ludzi. Z nami zrobili to samo, a teraz jesteśmy bogaci i wszyscy się z nami liczą. Chcecie tak jak my, czy wolicie pozostać biedni?” - to działa, jak zauważa autor książki „Żółte i czarne”. Choć w omawianym zakresie aż prosi się o dodatnie kolejnego koloru do tytułu książki. „Żółte, czarne i zielone” lepiej oddawałoby klimat chińsko – afrykańskich rozmów, sprowadzanych do walizek wypchanych dolarami. Kończąc wątek historyczny, chciałbym jeszcze przytoczyć fragmenty z dzieł chińskich myślicieli, szczególnie Zhao Rukuo, który jest autorem „Opisu ludów barbarzyńskich” z 1226 roku. Tidiane N'Diaye przytacza liczne wzmianki o handlu niewolnikami pochodzącymi z Afryki. Zadziwiające, że chińscy decydenci, tak ochoczo powołujący się w swoich wystąpieniach na bogatą historię stosunków chińsko – afrykańskich przemilczeli ten dokument, choć w skali świata uchodzi on za znakomicie dokumentujący zwyczaje wieków średnich. Jednocześnie autor książki „Żółte i czarne” wskazuje na gorzką konkluzję, że po dziś dzień Afrykanie są dyskryminowani w Chinach, przytacza przykład jednego z największych miast w Państwie Środka, Guangzhou, gdzie regularnie dochodzi do ataków na ludność o czarnym kolorze skóry. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w kraju tak totalitarnie rządzonym, jak Chiny, podobne działania, jeśli nie dzieją się z inspiracji samej władzy, to mają miejsce przynajmniej za jej cichym przyzwoleniem. Widać tolerancja i otwartość Chińczyków może mieć miejsce jedynie poza granicami Wielkiego Muru, jego wnętrze kryje zaś w sobie rosnący od ponad 40 lat chiński nacjonalizm, jeden z fundamentów władzy przewodniczącego Chińskiej Partii Komunistycznej, Xi Jingpinga.
Dalsza część książki przedstawia ocenę Tidiane N'Diaye w przedmiocie prawdziwych intencji Państwa Środka, nie pozostawiając przy tym złudzeń czytelnikowi, że nie mają one w istocie nic wspólnego z ciekawością, tolerancją, otwartością na nowe kraje i w końcu wymiany handlowe, która miałaby obsługiwać interesy każdej ze stron. Autor książki „Żółte i czarne” nie przez przypadek koncentruje się na ideałach głoszonych przez chińskich decydentów m.in. na forum Współpracy Afryka – Chiny, określanym skrótem FOCAC. Podobne slogany obecne są w relacjach Państwa Środka z krajami rozwijającymi się przynajmniej od 40 lat, gdy Mao Zedong zobaczył w tym szansę stworzenia przeciwwagi dla wpływu zachodniego świata nie tylko na Afrykę, ale również Amerykę Południową, czy bliższe samym Chinom regiony Azji Centralnej, uchodzącą za strefę wpływów Federacji Rosyjskiej. Globalne zainteresowanie kolejnymi rynkami nie ma jednak nic wspólnego z budowaniem nowego, sprawiedliwego porządku na świecie jak zauważa autor, a jest pokłosiem rosnącego głodu Państwa Środka w przedmiocie nowych rynków zbytu dla swoich produktów, a przede wszystkim czerpania korzyści z możliwości drenowania nowych obszarów gospodarki z ich surowców. A tych jak wiadomo, Chiny pożądają ponad wszystko, budując od blisko pół wieku swój dobrobyt kosztem innych krajów. Wiedzieliście na przykład, że aż 20% dochodów międzynarodowego koncernu Huawei, którego twarzą skądinąd do niedawna jeszcze był Robert Lewandowski, generują chińskie inwestycje technologiczne na Czarnym Lądzie? Tidiane N'Diaye zwraca również uwagę, na uprzedmiotowienie kolejnych krajów Afryki poprzez udzielanie wysokoprocentowych pożyczek na inwestycje strukturalne. W zamian Pekin oczekuje koncesji na wydobywanie surowców i otworzenie lokalnych rynków na tanie, chińskie produkty, które przestały już interesować zachód, oczekujący co raz to wyższej jakości dóbr konsumpcyjnych. Czy Afryka może na tym niekorzystnym układzie skorzystać mimo wszystko, podnieść swój poziom życia i w przyszłości stać się konkurencyjną gospodarką dla Europy i Azji? Pytanie to ma charakter retoryczny, jeśli wziąć pod uwagę, że budowanie bazy surowcowej w Afryce odbywa się kosztem drenowania środowiska naturalnego i eliminowania lokalnych inicjatyw w sektorze usług i produkcji jakichkolwiek dóbr. Chiny z rozmachem uzależniają od siebie Afrykę, a zdaniem Tidiane N'Diaye rachunek, jaki przyjdzie za to zapłacić Czarnemu Lądowi, przewyższa wszystko, za co do tej pory Pekin był krytykowany w społeczeństwach zachodnich. Rosnące bezrobicie, eskalacja regionalnych konfliktów, stopniowa, ale konsekwentna erozja demokracji i umocnienie rządów watażków nie pozostawia złudzeń, że Afryka cofa się w rozwoju do czasów kolonializmu. Różnica polega na tym, że wcześniej odbywało się to brutalnie za sprawą białego człowieka, a dziś Chińczycy podejmują podobne działania pod płaszczem troski o kraje nierozwinięte. A mieszkańcy Afryki nie widzą w tym zagrożeń, bo nie mają świadomości, że każdy zainwestowany przez Chiny dolar w Afryce to prawdziwa lichwa, która w przyszłości zrujnuje kraje takie jak Nigeria czy Zimbabwe, podobnie jak stało się to z Czarnogórą w Europie. Chińska pomoc przybiera formę perswazji politycznej, czy jednak Unia Europejska i Stany Zjednoczone nie działają podobnie? Wydaje się, że Chiny prowadzą politykę zbliżoną do neokolonialnej, łatwiej im jednak to robić, kiedy przedstawiają koncepcje wspólnego sojuszu wymierzonego w Stary Kontynent i Amerykę Północną jako symbol ucisku kojarzonego przez każdego mieszkańca Czarnego Lądu z uwagi na trudną i skomplikowaną historię niewolnictwa.
Autor książki „Żółte i czarne” gorzko rozprawia się z mitami wokół chińskiego smoka, którego obecność miała trwale zapewnić Afryce rozwój, o jakim wcześniej nikt na Czarnym Lądzie nie marzył. Tidiane N'Diaye podkreśla przy tym, że zalewanie Afryki tanimi dobrami o wątpliwej jakości, produkowanymi w Chinach nierzadko po cenie kilkukrotnie niższej aniżeli lokalne produkty, wpłynęło korzystnie na dostęp do podstawowych dóbr w wielu afrykańskich krajach. Uroczystości religijne, rozpoczęcie roku szkolnego czy osobiste okazje do świętowania nigdy wcześniej w afrykańskich krajach nie odbywały się na takim poziomie, co wpływa korzystnie na powszechną świadomość percepcji chińskich inwestycji. Ludzie, którzy przez wieki żyli w cieniu wielkiego świata, nagle mogą jeść słodycze reklamowane na całym świecie, korzystać ze smartfonów i ubierać się odpowiednio do pory roku. W ocenie Tidiane N'Diaye krótkoterminowe efekty chińskich inwestycji poprawiają skutecznie PR Państwa Środka, jednak w dłuższej perspektywie takie podejście okaże się jedynie złudzeniem, swoistym kagańcem, jaki chińscy decydenci konsekwentnie zakładają na głowy afrykańskich przywódców. Najlepsze jest to, że nie potrzeba dziś do tego przemocy, gwałtów i rabunków, wystarczy walizka dolarów i obietnice, że od jutra będzie wszystkim lepiej. Jak zauważa Tidiane N'Diaye, lepiej może być tylko Chinom, które dostają to, czego chcą i nie liczą się z kosztami, jakie wywołuje to dla samej Afryki. Jednocześnie w oczach samych Afrykanów jak podkreśla autor książki „Żółte i czarne”, Azjaci cieszą się opinią przedsiębiorczych i głodnych sukcesu, tym bardziej że nie potrzebowali do tego pomocy znienawidzonych Europejczyków. Warto przypomnieć, że kiedy Państwo Środka rozpoczynało swój długi marsz w kierunku dobrobytu przed czterema dekadami, Chiny podobnie jak wspominane wyżej Zimbabwe czy też Botswana, „cieszyły się” statusem jednego najbiedniejszych państw na świecie według rankingów Międzynarodowej Organizacji Handlu. A jednak od 1979 roku Państwo Środka dokonało niebywałego skoku, nienitowanego nigdy wcześniej w historii świata i to musi imponować przywódcą Afryki. Rzecz w tym, że jak zauważa Tidiane N'Diaye, odbyło się to kosztem życia milionów obywateli. I nie dotyczy to jedynie chińskiej polityki „jednego dziecka”, która według szacunków kosztowała życie 150 milionów dzieci, głównie dziewczynek. Mowa również o pracujących ponad siły milionów Chińczyków, a o skali tego przedsięwzięcia o charakterze narodowym najlepiej świadczy fakt, że w ocenie poprzednika Xi Jingpinga, Chiny obecny poziom życia dla swoich obywateli miały osiągnąć do... 2049 roku. Wydarzyło się to 30 lat wcześniej i w ocenie wielu komentatorów stało się zbyt szybko. Chiny są dziś krajem zawieszonym między swoją tradycją i przeszłością a nowoczesnymi technologiami. Państwo Środka poszukuje swojej tożsamości, kupując jednocześnie tożsamość wielu krajów rozsianych po całym świecie za walizki z dolarami. Pozostaje zgodzić się z Tidiane N'Diaye, że taki sojusz ponad podziałami nie może przynieść spodziewanych efektów przez kraje Afrykańskie, a jedynie wzmocnić rolę Chin na arenie międzynarodowej.
Zmierzając do końca, warto wspomnieć o jeszcze jednej tezie, jaka pada na łamach książki „Żółte i czarne”. Zdaniem Tidiane N'Diaye, sukces w Afryce odniesiony przez Chiny był możliwy za sprawą dwóch czynników. Pierwszy z nich to wspomniany już głód surowców. Afryka słynie z bogactwa naturalnego, a wiele metali ziem rzadkich jest obecnie pod całkowitą kontrolą chińskich koncernów. Przeciętny Afrykanin nie widzi w tym zagrożenia, widzi za to budowane drogi do kopalni czy rosnący poziom życia w stolicy swojego kraju. Druga rzecz, jaka pcha Chiny do przodu w relacji z Afryką to historyczne niepokoje, związane z obecnością mieszkańców Europy na Czarnym Lądzie. Tidiane N'Diaye nie pozostawia złudzeń w swoich wnioskach, że wspomniane tendencje będą się umacniać w kolejnych dekadach, a świat dziś wydaje się pogodzony z porażką w przedmiocie zainteresowania Afryką. Ta bowiem w świadomości samych Afrykanów wybrała Chiny i dziś czerpie z tego korzyści, jakich ani Europa, ani Ameryka Północna nie przyniosła na Czarny Kontynent przez minione pięć wieków. Tymczasem Chiny zmieniły krajobraz Afryki w zaledwie dwie dekady!
W naszym pięknym kraju nad Wisłą rzadko debata publiczna zahacza o znaczenie Chin we współczesnych relacjach międzynarodowych. Z tego punktu widzenia publikacja Tidiane N'Diaye, prezentująca afrykański punkt widzenia na chińskie inwestycje jest bezcenna dla zrozumienia polityki prowadzonej przez Pekin. Polska w latach 90’ przeorientowała się wyraźnie na zachód, a syndrom „starszego brata”, jakiego nasi decydenci widzą w Stanach Zjednoczonych, powoduje, że relacje z Chinami stają się coraz bardziej napięte. Daleki jestem od ferowania wyroków w tym zakresie, polityka międzynarodowa to szalenie skomplikowana układanka. Niemniej inicjatywa „Pasa i Szlaku”, która miała swoim obszarem obejmować również Polskę jako ważny kraj tranzytowy, niesie szereg zagrożeń, jak pokazują chińskie inwestycje w Afryce. Tidiane N'Diaye rozprawia się z mitem budowania dobrobytu na bazie kredytów udzielanych przez Państwo Środka, wskazując przy tym, że umowy podpisywane są jeszcze drobniejszym druczkiem, aniżeli widujemy to przy tzn. „chwilówkach”. W mojej ocenie książka „Żółty i czarny” stanowi ważny krok do zrozumienia pomysłu Pekinu na budowanie nowego ładu międzynarodowego. To również przestroga, aby nie traktować Państwa Środka jako remedium na regionalne bolączki i rozwiązanie wielowiekowych problemów. Kto da się nabrać na dobre intencje Chińczyków, ten w przyszłości przekona się, że Państwo Środka ma wokół siebie samych barbarzyńców, którzy są potrzebni tylko o tyle, o ile są użyteczni dla bieżącej polityki Pekinu. Tak było na przestrzeni 5 tysięcy lat historii Chin i książka „Żółte i czarne” każe wierzyć, że nic się w tym zakresie nie zmieniło w XXI wieku.