Nostalgiczny nastrój mnie ostatnio ogarnął. Poznałam ostatnio dziewczynę z Ukrainy, mieszkała na wschodzie, więc widziała zdecydowanie za dużo jak na swój wiek. Nie pytałam zbyt wiele, pozwoliłam jej mówić, ale przyszło nam to z czasem, początkowo udawała, że wszystko jest normalnie. Inaczej patrzy się na wideo z frontu, kiedy poznaje się relacje z pierwszej ręki. Inaczej tez myśli się o świętach, kiedy człowiek uświadomi sobie, że za nasza granica toczy się walka na śmierć i życie. W takich chwilach lubię sięgnąć po książkę, która przegoni czarne chmury. Nie szukam ucieczki od rzeczywistości. Raczej wytchnienia, którego wszyscy potrzebujemy. W lutym 2022 rozpoczęła się wojna, która położyła się cieniem na wielu z nas. Nie ma dnia, aby portali internetowych czy telewizyjnych wiadomości nie zalewały informacje na temat wojny, kryzysu czy inflacji. Jeśli tez czujecie przesyt informacji, przypominam, że książki nas nie oszukują. Otwierają inny świat i to od nas zależy, co w nim zobaczymy. Jeśli macie pod ręką kubek kawy, album ze zdjęciami z dzieciństwa i ochotę na przygodę do beztroskich lat, to książka „Paddington. Historia pewnego niedźwiadka z Peru” okaże się znakomitym wyborem.
Pierwszy raz, gdy zobaczyłam tytuł „Paddington. Historia pewnego niedźwiadka z Peru” pomyślałam, że to superokazja. Możliwość nabycia nowych przygód ulubionego bohatera stanowi rodzaj mojego rytuału. Przeczytałam już chyba wszystkie książki Michaela Bonda, na bieżąco również sledze kolejne projekty. Niestety, brytyjski autor zmarł w 2017 roku. Przygotował jednak za życia skrócone wersje swoich opowiadań, które nakładem wydawnictwa „Znak” ukazują się w naszym kraju w zupełnie nowym wydaniu. Wydaniu pozbawionym charakterystycznego minimalizmu znanego z oryginału, za to znakomicie wpisującego się w oczekiwania współczesnego, młodego pokolenia. To rzecz niezwykła zobaczyć Paddingtona w kolorze, choć, prawdę mówiąc, miałam okazje zobaczyć już jeden film pełnometrażowy, przedstawiający przygody pluszowego niedźwiadka. Mimo to literacka wersja kolorowego Paddingtona była dla mnie początkowo niemałym szokiem. Brzuch miał duży, co wcześniej na ilustracjach Peggy Fortune nie było tak widoczne. Za to czerwony melonik mieni się fantastycznie, podobnie jak resztki marmolady w słoiku. Wszystko to jest owocem pracy R. W. Alleya. Artysta urodził się w 1955 roku, czyli... trzy lata przed tym, jak Michael Bond wpadł na pomysł opowiadań o pluszowym niedźwiadku. Brytyjski pisarz był wcześniej na wojnie, wiele zobaczył, a jednak stworzył niezwykłą opowieść, która rozpala serca czytelników od blisko siedmiu dekad. Znacie inną definicję geniuszu?
„Paddington. Historia pewnego niedźwiadka z Peru” rozpoczyna się tam, gdzie rozpoczęła się cała historia. Na stacji kolejowej Paddington. Jest to jedna z największych stacji kolejowych w Londynie, gdzie każdego dnia rzeka ludzi toczy się w kierunku swojej podróży. Michael Bond znakomicie oddal to w swojej książce. W pospiechu często nie zwracając uwagi na innych, wpatrzeni w telefony... wróć, wtedy telefonów nie było! I dalej ich nie ma, autor pozostaje w tym zakresie wierny oryginałowi, ale trzeba oddać, ze wspomniany wyżej opis pozostaje aktualny dla naszych czasów. Może nawet bardziej niż kiedykolwiek? Taka to już cecha wielkich dzieł, że w sposób ponadczasowy opisują naturę człowieka. Naturę ambiwalentną i pela skrajności. Zła i dobrą. Na dobroć i bezinteresowność zdobyli się państwo Brown. To oni zaoferowali głównego bohaterowi opowieści Michaela Bonda swój dom. Co więcej, w książce „Paddington. Historia pewnego niedźwiadka z Peru” możemy przeczytać m.in. opowiadanie, w którym tytułowy bohater remontuje swój nowy pokój. Klej i tapeta okazały się dla pluszowego niedźwiadka nie lada wyzwaniem. Również znakomita okazja do zabawy! Paddington jest w opowiadaniach brytyjskiego autora mocno nieporadny, co chwile ładuje się w kłopoty, a mimo to, udaje mu się sucha stopa przez kolejna ucha igielne. Chyba że akurat zorganizuje kąpiel, której finałem będzie powódź i konieczność zaangażowania służb ratunkowych. Paddington to współczesny król Midas, który wszystko, czego dotknie, zamienia nie w złoto, ale w piękną katastrofę. Wrodzony spryt i urok osobisty nie pozwalaj mu jednak martwic się proza życia, ulubiona kanapka z marmoladą gwarantuje pożądany oddech po ciężkim dniu bycia pluszowym, skorym do pomocy niedźwiadkiem.
Ilustrowana książka „Paddington. Historia pewnego niedźwiadka z Peru” to znakomite preludium do większej opowieści, opisanej przez Michaela Bonda w licznych opowiadaniach. Zwykle mają one około kilkunastu stron, niepozorna objętość kryje jednak w sobie moc uśmiechu. Lektura przygód misia Paddingtona budzi we mnie poczucie sprawczości tak daleko idącej, że nawet niestraszne mi wypicie szklanki soku cytrynowego. Jeśli ktoś zainteresowany rzuceniem mi wyzwania, zapraszam do Ciechocinka. Tak, mieszkam w najbardziej sanatoryjnym mieście w Polsce, a widząc naszych rozrywkowych seniorów, potrzebuje czasami poczytać książki Michaela Bonda. Paddington wydaje się niekiedy bardziej prawdziwy niż ludzie na jesieni swojego życia, którzy nagle chcą spróbować wszystkiego, co nowe w swoim życiu. Zupełnie jak Paddington! . Jak patrze na nich, to mam wrażenie, że na starość nie będę miała czasu czytać książę. Tym większą mam motywacje, aby zapoznać się z nowymi wydaniami książek o Paddingtonie, proponowanych przez wydawnictwo „Znak”. Część moich książek Michaela Bonda mam w domu, część pożyczyłam, jeszcze inne zostawiłam w miejscach, które w przeszłości odwiedziłam. Po zakupie książki „Paddington. Historia pewnego niedźwiadka z Peru” doszłam do wniosku, że cały zbiór będzie fantastycznie wyglądał na półce. A jeśli ktoś mnie odwiedzi i zarzuci infantylność, to usunę go z Facebooka. A wy jakie macie postanowienia na 2023 rok?
Pozdrawiam fanów pluszowego niedźwiadka i życzę wszystkich wesołych świat oraz lepszego, 2023 roku. Wszystkim poza Władimirem Putinem i Panem Curry. Obie szuje są siebie warte!