Stan książek
Nasze książki są dokładnie sprawdzone i jasno określamy stan każdej z nich.
Nowa
Książka nowa.
Używany - jak nowa
Niezauważalne lub prawie niezauważalne ślady używania. Książkę ciężko odróżnić od nowej pozycji.
Używany - dobry
Normalne ślady używania wynikające z kartkowania podczas czytania, brak większych uszkodzeń lub zagięć.
Używany - widoczne ślady użytkowania
zagięte rogi, przyniszczona okładka, książka posiada wszystkie strony.
Brat Karl
Masz tę lub inne książki?
Sprzedaj je u nas
Utwory Sylwestra Gołąba często prowadzone są w narracji pierwszoosobowej, jednak przeważnie kwestionują zarówno rzeczywistość, jak i osobę mówiącą. Niekiedy występuje jako podróżnik w czasie, nostalgicznie powracając do dziecięcych wspomnień, by niczym narrator przepowiadający przyszłość opowiadać o nadchodzących zdarzeniach. Innym razem staje się kochankiem, którego wypowiedzi wydają się celowo sztuczne, aby podkreślić wewnętrzną pustkę sztywnych społecznych konwencji; i choć chce się (jak w jednym z jego wierszy) nauczyć rozróżniać tombak od złota, to otaczający kontekst zostawia nas w niepewności, czy jest to rzeczywiście potrzebne. Bywa też kimś, kto, próbując w krótkich utworach opowiedzieć większą historię, mimowolnie ujawnia swoje słabości – może to drobny grymas zdradza, a może brak umiejętności przekonania samego siebie. Czy jest to roztoczenie wielkości i rozmachu? Raczej jedynie w kronikownym procesie przemijania. Dlatego też, paradoksalnie, w nowych wierszach Gołąba, które mogą mieć apokaliptyczny ton, ewentualne odniesienia do bóstw i wartości nieprzemijających zyskują liryczną użyteczność poprzez brak trwałych odniesień. Nadal można, bez obaw, sięgać po język metafizyki, mierząc różnice między czasem przeszłym a przyszłym, składając te odkrycia w poezji. Lub zupełnie przeciwnie: zwracając uwagę na szczegóły jak słowa brata Karla, spotkanie w Starbucksie, czy historia o jamniku Jamaica Ska, dostrzegać prawdziwą wartość w samej narracji i wplecionych anegdotach.
Wybierz stan zużycia:
WIĘCEJ O SKALI
Utwory Sylwestra Gołąba często prowadzone są w narracji pierwszoosobowej, jednak przeważnie kwestionują zarówno rzeczywistość, jak i osobę mówiącą. Niekiedy występuje jako podróżnik w czasie, nostalgicznie powracając do dziecięcych wspomnień, by niczym narrator przepowiadający przyszłość opowiadać o nadchodzących zdarzeniach. Innym razem staje się kochankiem, którego wypowiedzi wydają się celowo sztuczne, aby podkreślić wewnętrzną pustkę sztywnych społecznych konwencji; i choć chce się (jak w jednym z jego wierszy) nauczyć rozróżniać tombak od złota, to otaczający kontekst zostawia nas w niepewności, czy jest to rzeczywiście potrzebne. Bywa też kimś, kto, próbując w krótkich utworach opowiedzieć większą historię, mimowolnie ujawnia swoje słabości – może to drobny grymas zdradza, a może brak umiejętności przekonania samego siebie. Czy jest to roztoczenie wielkości i rozmachu? Raczej jedynie w kronikownym procesie przemijania. Dlatego też, paradoksalnie, w nowych wierszach Gołąba, które mogą mieć apokaliptyczny ton, ewentualne odniesienia do bóstw i wartości nieprzemijających zyskują liryczną użyteczność poprzez brak trwałych odniesień. Nadal można, bez obaw, sięgać po język metafizyki, mierząc różnice między czasem przeszłym a przyszłym, składając te odkrycia w poezji. Lub zupełnie przeciwnie: zwracając uwagę na szczegóły jak słowa brata Karla, spotkanie w Starbucksie, czy historia o jamniku Jamaica Ska, dostrzegać prawdziwą wartość w samej narracji i wplecionych anegdotach.
