Stan książek
Nasze książki są dokładnie sprawdzone i jasno określamy stan każdej z nich.
Nowa
Książka nowa.
Używany - jak nowa
Niezauważalne lub prawie niezauważalne ślady używania. Książkę ciężko odróżnić od nowej pozycji.
Używany - dobry
Normalne ślady używania wynikające z kartkowania podczas czytania, brak większych uszkodzeń lub zagięć.
Używany - widoczne ślady użytkowania
zagięte rogi, przyniszczona okładka, książka posiada wszystkie strony.
Sprzedawca arbuzów
Masz tę lub inne książki?
Sprzedaj je u nas
Marcin Meller, znany ze swojego specyficznego poczucia humoru, w książce "Moje drugie imię to gafa" dzieli się serią anegdot i wspomnień, które ukazują jego życie i relacje z najbliższymi. Jego szczere opowieści, pozbawione tematów tabu, pozwalają czytelnikowi zajrzeć w codzienność autora, który z czułością i zabawą porusza zarówno błahostki, jak i poważniejsze tematy. Były wicekról świata, a dziś tata dwójki dzieci, z humorem i pewną dozą nostalgii wspomina jak niegdyś groził wyimaginowanym zalotnikom swojej córki, Basi, czy też wywoływał uśmiech wizją rebelii wśród księgarzy i bibliotekarzy po niekorzystnych raportach o czytelnictwie.
Porównując swoje życie w felietonach takich jak „Dzień mamy” czy „Opowiem wam o Basi”, Meller potrafi wzruszyć i zainspirować refleksją. Jednak jego pióro, mimo że pociągnięte humorystycznym tonem, nie traci z oczu trudnych obserwacji dotyczących obecnej sytuacji społeczno-politycznej, a jego komentarze bywają trafne i krytyczne. Mimo to, nawet podczas śmiechu, nie ma w jego słowach złośliwości, lecz życzliwość i zrozumienie dla otaczającej go rzeczywistości.
Zbiór felietonów „Sprzedawca arbuzów” pełen jest osobistego uroku, który sprawia, że czytelnik wraca do tych tekstów z przyjemnością. Autor z humorem wprowadza nas w swoje inspiracje, wspominając ulubionych felietonistów jak Kisielewski, Słonimski czy Orwell, i z klasą przyznaje, że zaszczytem byłoby znaleźć się wśród ich dzieł na czyjejś półce – nawet tej w toalecie.
W jednym z felietonów, „Kąpiąc Gucia”, Meller opisuje, jak w trakcie codziennej rutyny, kąpiąc syna, czuje się w pełni spełnionym i męskim, odnajdując w takich chwilach sens i satysfakcję, które umykają w zgiełku pracy dziennikarza czy reporterem. To proste, ale jakże wymowne „chlup, chlup, chlup” nabiera tu szczególnej wagi.
Wybierz stan zużycia:
WIĘCEJ O SKALI
Marcin Meller, znany ze swojego specyficznego poczucia humoru, w książce "Moje drugie imię to gafa" dzieli się serią anegdot i wspomnień, które ukazują jego życie i relacje z najbliższymi. Jego szczere opowieści, pozbawione tematów tabu, pozwalają czytelnikowi zajrzeć w codzienność autora, który z czułością i zabawą porusza zarówno błahostki, jak i poważniejsze tematy. Były wicekról świata, a dziś tata dwójki dzieci, z humorem i pewną dozą nostalgii wspomina jak niegdyś groził wyimaginowanym zalotnikom swojej córki, Basi, czy też wywoływał uśmiech wizją rebelii wśród księgarzy i bibliotekarzy po niekorzystnych raportach o czytelnictwie.
Porównując swoje życie w felietonach takich jak „Dzień mamy” czy „Opowiem wam o Basi”, Meller potrafi wzruszyć i zainspirować refleksją. Jednak jego pióro, mimo że pociągnięte humorystycznym tonem, nie traci z oczu trudnych obserwacji dotyczących obecnej sytuacji społeczno-politycznej, a jego komentarze bywają trafne i krytyczne. Mimo to, nawet podczas śmiechu, nie ma w jego słowach złośliwości, lecz życzliwość i zrozumienie dla otaczającej go rzeczywistości.
Zbiór felietonów „Sprzedawca arbuzów” pełen jest osobistego uroku, który sprawia, że czytelnik wraca do tych tekstów z przyjemnością. Autor z humorem wprowadza nas w swoje inspiracje, wspominając ulubionych felietonistów jak Kisielewski, Słonimski czy Orwell, i z klasą przyznaje, że zaszczytem byłoby znaleźć się wśród ich dzieł na czyjejś półce – nawet tej w toalecie.
W jednym z felietonów, „Kąpiąc Gucia”, Meller opisuje, jak w trakcie codziennej rutyny, kąpiąc syna, czuje się w pełni spełnionym i męskim, odnajdując w takich chwilach sens i satysfakcję, które umykają w zgiełku pracy dziennikarza czy reporterem. To proste, ale jakże wymowne „chlup, chlup, chlup” nabiera tu szczególnej wagi.
