Katarzynę Kowalewską poznałam najpierw z Facebooka. Mignął mi jakiś jej post, potem następny, chyba nawet coś mnie rozbawiło, więc pomyślałam sobie: dobrze, sprawdzę, jak ta kobieta pisze powieść. Padło na „Pudełko z pamiątkami”, bo tytuł obiecywał rodzinny sekret, a ja, choć po obyczajówki sięgam raczej z ostrożnością godną człowieka sprawdzającego temperaturę wody przed wejściem do jeziora, lubię historie o tym, co rodziny chowają po szafach. Dosłownie i w przenośni. Książka okazała się dokładnie tym, czym miała być, czyli lekką kobiecą obyczajówką z humorem, romansem i tajemnicą w tle. Problem w tym, że dla mnie to „w tle” zostało niestety aż za bardzo w tle.
Aśka Maciejska pracuje jako fotografka, obsługuje wesela, komunie i wszelkie rodzinne okazje, na których ludzie przez chwilę uśmiechają się do aparatu, a potem prawdopodobnie kłócą o to, kto źle pokroił tort. Ma charakter. Jest zadziorna, niezależna, trochę niedotykalska, jakby sama sobie od dawna udowadniała, że nikogo nie potrzebuje. Po śmierci rodziców w wypadku samochodowym wychowała ją babcia Maryla, ale Aśka wie o przeszłości zaskakująco mało. Im bardziej pyta, tym bardziej babcia milczy. Gdzieś istnieje pudełko z pamiątkami po rodzicach, a w nim zapewne odpowiedzi, których dziewczyna szuka od lat. Brzmi dobrze, prawda? Mnie to kupiło. Tajemnica rodzinna, babcia strzegąca milczenia, rzeczy schowane w pudełku, które mogą przewrócić życie bohaterki do góry nogami. To jest materiał na naprawdę emocjonalną historię.
Tylko że w praktyce poszukiwania pudełka są jak serialowy wątek, który scenarzyści przypominają sobie od czasu do czasu. Jest konfrontacja, jest zawał Maryli, jest skręcona kostka Aśki i jest zamieszanie, ale przez sporą część książki bardziej zajmujemy się problemami wszystkich dookoła niż tym, co właściwie dręczy główną bohaterkę. Nie mówię, że to samo w sobie złe. Życie tak wygląda, człowiek ma swoje nieszczęście, a w tym samym czasie przyjaciółka dzwoni, bo właśnie wali jej się małżeństwo, ktoś inny płacze przez faceta, a jeszcze ktoś potrzebuje rady w sprawie nastolatki. Rozumiem. Tylko ja cały czas czekałam, aż rodzinny sekret naprawdę zagra mocniej. Że będzie ciężar, odkrywanie przeszłości, może jakieś niewygodne emocje, a dostałam raczej przyjemnie poprowadzoną opowieść, która nie bardzo chce wejść głębiej, bo za chwilę musi pobiec do następnego wątku.
Jest Wiktoria, neurotyczna i pełna lęków, jest Liliana tuż po ślubie, jest jej młodsza siostra z problemami, jest sprawa molestowania, są rodzicielskie ambicje dotyczące kariery dzieci. Tematów naprawdę nie brakuje. I tu mam największą zagwozdkę, bo teoretycznie książka dotyka spraw ważnych. Oczekiwań wobec kobiet, rodzinnych tajemnic, trudnych doświadczeń, samotności, braku pewności siebie, relacji międzypokoleniowych. Ale dla mnie większość z tego przeleciała zbyt szybko. Jakby autorka otwierała szufladę, pokazywała, co w niej leży, po czym zamykała ją, bo obok czeka już kolejna. Wyszło z tego dużo ruchu, dużo zdarzeń, dużo rozmów, ale po skończeniu miałam w głowie głównie wrażenie, że przeczytałam książkę o niczym konkretnym. Nie nudną, zaznaczam. Po prostu taką, która nie zostawiła po sobie ani jednej myśli, do której chciałabym wrócić.
Aśka też mnie trochę męczyła, choć jednocześnie rozumiem, po co została napisana właśnie tak. Jest twarda, niezależna, z punkrockowym pazurem, bystra w słownej przepychance i gotowa ratować wszystkich. Tylko kiedy na horyzoncie pojawia się atrakcyjny mężczyzna, nagle zaczyna się zachowywać jak zupełnie inna osoba. Przy Adamie jeszcze umiem przymknąć oko, bo romansem rządzą swoje prawa, a bohaterowie muszą się jakoś ze sobą spotkać i trochę powzdychać. Jednak momentami miałam ochotę potrząsnąć Aśką i powiedzieć: kobieto, przecież przed chwilą mówiłaś komuś rzeczy tak celne, że aż iskry leciały, a teraz co się dzieje? Ta niespójność była dla mnie bardziej irytująca niż zabawna. Silna bohaterka nie musi być zawsze silna, absolutnie nie o to chodzi. Dobrze, gdy może się pogubić. Ale chciałabym, żeby to pogubienie coś o niej mówiło, a nie tylko robiło miejsce dla romansowych perypetii.
Z humorem też miałam relację, powiedziałabym, skomplikowaną. Kowalewska bardzo lubi cięte riposty, nietypowe porównania, komentarze, które mają być zabawne i zadziorne. Na początku co kilka stron czułam, że dostaję łokciem pod żebra: śmiej się, teraz będzie celna puenta. A ja zamiast się śmiać, czasami wzdychałam. Nie dlatego, że humor był kompletnie nietrafiony, tylko dla mnie było go za dużo. Bohaterowie zbyt często mówią błyskotliwie, zbyt sprawnie reagują, zbyt chętnie podsumowują rzeczywistość jednym efektownym zdaniem. Później trochę się przyzwyczaiłam. Może człowiek po prostu oswaja styl, tak jak hałas lodówki, który na początku denerwuje, a po tygodniu już go nie słyszy. Niemniej chyba wolę humor, który pojawia się bardziej mimochodem, a nie idzie przed sobą z transparentem.
Nie chcę jednak tej książki zjechać, bo ona naprawdę czyta się lekko. Kartki idą szybko, fabuła się rusza, relacje między przyjaciółkami są sympatyczne, a Aśka mimo wszystkich moich zastrzeżeń ma w sobie coś, co nie pozwala jej całkiem odpuścić. Widać też, że autorka celowała w prostą, rozrywkową powieść obyczajową, a nie w wielką dramatyczną sagę rodzinną. W jednym z wywiadów sama określiła „Pudełko z pamiątkami” jako książkę obyczajową, kobiecą i prostą rozrywkę, z łagodniejszym niż wcześniej humorem. I może tu leży sedno. Ja weszłam w tę historię z nadzieją na tajemnicę, która mnie emocjonalnie przetrąci, a dostałam raczej pogodną opowieść na kilka wieczorów. To nie musi być wada książki. Czasem jest to po prostu zderzenie oczekiwań czytelniczki z tym, co autorka faktycznie chciała napisać.
„Pudełko z pamiątkami” ukazało się w 2020 roku i liczy około 320 stron. To dobra propozycja dla osób, które lubią polskie obyczajówki z energiczną bohaterką, przyjaciółkami, drobnym romansem, rodzinną tajemnicą i humorem w dość wyraźnej dawce. Ja chyba po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie jestem idealną odbiorczynią takich historii. Próbuję, naprawdę próbuję, ale gdy książka zaczyna obiecywać ważne sprawy, a potem rozmywa je w kolejnych perypetiach, zostaję z lekkim niedosytem. Przeczytałam bez męki, czasem się uśmiechnęłam, czasem przewróciłam oczami. I chyba tyle. Nie żałuję, że poznałam Aśkę, ale raczej nie będę za nią tęsknić.