Natascha Kampusch to imię i nazwisko dziewczyny, która w przeszłości została porwana przez starszego mężczyznę. Wolfgang Priklopil porwał 10-letnią dziewczynkę. Więził ją przez dokładnie 3096 dni w domu pod Wiedniem. Pamiętam, że kiedy media żyły ową historią, moja mama każdego dnia przestrzegała mnie, abym nie brała cukierków od nieznajomych. Jak na złość, uwielbiałam cukierki i dopiero z czasem okazało się, że wcale nie działają one korzystnie na moją figurę i zęby. Byłam trochę skołowana słysząc informacje związane ze sprawą Nataschy, jak można kogoś porwać i uwięzić w piwnicy? Czasami zdarzy mi się obejrzeć jakiś tani horror klasy „b”, typowe „guilty pleasure”, żeby się „odmóżdżyć”, ale mało kto odbiera podobne historie jako wiarygodne i mające miejsce naprawdę. Sprawa Nataschy Kampusch była sygnałem, że wokół nas, często w sąsiedztwie, mieszkają ludzie, o których tak naprawdę nic nie wiemy. Mówimy im każdego dnia „dzień dobry”, słyszymy odpowiedź okraszona życzliwym uśmiechem, ale to wszystko kurtuazja ukryta pod fasadą głęboko skrywanej nienawiści. Do siebie albo do świata. Blisko dekadę temu głośno było o Andersie Breiviku, który zabił prawie sto osób w Norwegii. Podobne historie raczej nie dotyczą ludzi, którzy są szczęśliwi, wiodą udane życie i speniają marzenia. Zwykle sprawcą zbrodni są ludzie, którzy czują w sobie gniew i nie znajdują sposobu, aby dam temu wyraz. Policyjni profilerzy widzą w tym pewną powtarzalność, co umożliwia im skuteczne działania, gdy tylko wpadną na trop podejrzanego. Co jednak zrobić w sytuacji, kiedy uprowadzona przed laty dziewczyna nagle się odnajduje, w międzyczasie stała się dorosłą kobietą i wcale nie ma za złe swojemu oprawcy, że pozbawił ją w przeszłości wolności?
Nadia miała zaledwie 11 lat, kiedy została porwana z przyczepu kempingowej swoich rodziców. Kiedy później policja będzie prowadzić czynności wyjaśniające, okaże się, że rodzice spali, kiedy ich dziecko zostało porwane. Przez kogo? Jaki był motyw? Dlaczego nie widać żadnych śladów? Sporo tych pytań, miłym zaskoczeniem dla mnie okazał się fakt, że tym razem akcja wcale nie dzieje się gdzieś pod Warszawą, ale w samym sercu Bieszczadów. Spieszę jednak wyjaśnić tym z was, którzy poczytują sobie takie rozwiązanie jako mocno alternatywne. Małgorzata Warda doskonale wiedziała, jaki charakter chce nadać swojej opowieści. Kryminalna intryga szokuje głównie na początku, z czasem okazuje się, że polska pisarka wykorzystała ją do stworzenia opowieści na pograniczu thrillera kryminalnego oraz literatury obyczaju. Spora amplituda, prawda? A jednak Małgorzata Warda od początku do końca w przemyślany sposób realizuje swój pomysł na powieść „Dziewczyna z gór”. 11 Nadia spędza kolejne miesiące i lata gdzieś w górskiej chacie na końcu świata. Naturalnie fabuła powieści wciąż dotyczy dzikich rejonów Bieszczadów, łatwo jednak uwierzyć, że w promieniu wielu kilometrów nie ma żadnej ludzkiej osady. Małgorzata Warda dużo miejsca w swojej powieści poświęca opisom przyrody, szczególnie elektryzujące pozostają szczegóły związane z dzikim zwierzętami. W jednym z wywiadów Małgorzata Warda przyznała, że choć sama mieszka na co dzień w Trójmieście i sporo czasu z uwagi na obowiązki zawodowe spędza również w Warszawie, to jednak spędzenia całej zimy w Bieszczadach przez pisarkę było dla mnie doświadczeniem absolutnie niezwykłym i potęgującym potrzebę kontynuowania losów „Dziewczyny z gór”. Autorka wspominała m.in., że „skazana była tylko na siebie”, kiedy wynajmowała dom w Bieszczadach w okolicach Cisnej. Co więcej, dwa razy wpadła do rowu, o ile bowiem w całym kraju słychać żarty w grudniu, że zima zaskoczyła drogowców, tak w Bieszczadach według Małgorzaty Wardy nic nie ma prawa człowieka zaskoczyć. Takie podejście autorki znajduje swoje odzwierciedlenie w postawie porwanej Nadii. Dziewczyna początkowo żywi nadzieję, że zostanie wkrótce odnaleziona. Tęskni za rodzicami, zastanawia się, dlaczego feralnej nocy, żadne z nich nie zareagowało. Momentami przypominało to klimat 3 części „Dziadów” i jest to komplement w moich ustach. To wielka sztuka oddać rozpacz młodej dziewczynki, która nie wie ani gdzie jest, ani kim jest jej oprawca. Słowo „oprawca” ma wymiar symboliczny i pasuje do Jakuba tylko w początkowych fragmentach książki „Dziewczyna z gór”. W rzeczywistości mężczyzna, który porwał Nadię, nie jest wcale zbrodniczo nastawiony do młodej dziewczyny. Przeciwnie, otacza ją na swój sposób opieką. Nad historią opisaną przez Małgorzatę Wardę unos się mgła tajemnicy znana tylko miłośnikom bieszczadzkich klimatów i Wetliny, z której biegną dzikie, lokalne szlaki, po których chadzają potomkowie hipisów. Dla porządku dodam, że sama bywałam w Bieszczadach, nie miałam jednak okazji odkryć wszystkich uroków tej niezwykłej krainy. Uwaga dotycząca hipisów i ich potomków to słowa autorki w jednym z wywiadów wokół, udzielonych przy okazji promocji książki „Dziewczyna z gór”. Nie mam powodów, aby jej nie wierzyć, opisy przyrody wskazują, że polska pisarka spędziła sporo czasu w Bieszczadach, gromadząc informację o lokalnych zwyczajach i tajemnicach w tej zapomnianej przez cywilizację krainie.
Kim jest Jakub, mężczyzna, który porwał Nadię? Wydawać by się mogło, że w podobnych historiach głównym bohaterem powieści jest sama osoba uprowadzonej dziewczyny/kobiety. To nie pierwszy raz, kiedy Małgorzata Warda zaskakuje czytelników na łamach swojej książki. W mojej opinii Nadia występuje mimo wszystko w roli drugoplanowej. Z każdym kolejnym rozdziałem książki „Dziewczyna z gór” dowiadujemy się coraz więcej o Jakubie. Jego przeszłość naznaczona była bólem i cierpieniem. Jako młody chłopak doznał niewyobrażalnych krzywd ze strony tych, którzy powinni go chronić i się nim opiekować. W pewnym sensie Jakub stał się ofiarą swojego nieszczęśliwego dzieciństwa, a retrospekcje w tym zakresie przedstawione przez autorkę sprawiają, że postać mężczyzny budzi w czytelniku... no właśnie, jakie emocje? „Zrozumienie” to złe słowo, zwłaszcza w ustach osoby, która nie doświadczyła podobnych traum jak bohater książki „Dziewczyna z gór”. Słowo „litość” też nie pasuje, sam Jakub na pewno o nią nie prosi. Może „ciekawość”? Jakub nie ma złych intencji wobec Nadii, co więcej, dziewczyna wydaje się budzić w nich ludzkie uczucia i emocje. Mężczyzna, widząc dziewczynkę owej feralnej nocy, po raz pierwszy czuje, że może być komuś potrzebny. W tym osobliwym nieco skandynawskim klimacie Małgorzata Warda kreśli niezwykłą relację ofiary i porywacza, gdzie stopniowo role między nimi ulegają zatarciu. Momentami czułam, jak gdyby to Nadia nadawała ton kolejnym wydarzeniom, czego symbolem jest stopniowe zyskiwanie przestrzeni przez dorastającą dziewczynę. Nie sposób powiedzieć, aby Jakub ja izolował od świata, przetrzymywał w ciemnej piwnicy i ukrywał przed światem. Nic bardziej podobnego, raczej relacja tej dwójki przypomina dwoje ludzi, skazanych na siebie gdzieś na bezludnej wyspie w wyniku katastrofy lotniczej. Tyle tylko, że w Bieszczadach żaden samolot nie ulega awarii, a porwanie Nadii, choć odebrało dziewczynie beztroskie dzieciństwo, miało szanse uratować dwie osoby. Dziewczynę oraz jej porywacza. W jaki sposób? Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, należy uważnie przeczytać książkę Małgorzaty Wardy. Polska pisarka tworzy bowiem powieść wielowarstwową, skomplikowaną, gdzie demony przeszłości dają o sobie znać między słowami bohaterów. I to one w istocie stanowią „czarne charaktery” na łamach książki „Dziewczyna z gór”. To na swój sposób niezwykle przyjęło się bowiem mówić, że ludzie jeżdżą w Bieszczady, aby uciec przed codziennością, a jeszcze częściej przed swoją przeszłością. Polska pisarka nadaje temu poglądowi mocno osobisty charakter i tworzy opowieść, która naprawdę mogła się wydarzyć.
Kryminalny wątek opisany na początku książki „Dziewczyna z gór” przez Małgorzatę Wardę może obudzić w czytelnikach niezdrowe oczekiwania. Dlaczego niezdrowe? Zamysłem autorki w mojej opinii wcale nie było stworzenie serii kryminalnej ani tym bardziej romansu. Na obyczajowy charakter książki wskazuje mało dynamiczna akcja, którą jednak polska pisarka rekompensuje porzuceniem typowych dla podobnych historii rozwiązań. Konia z rzędem temu, kto przewidzi rozwój fabuły. Nieliniowe podejście Małgorzaty Wardy do swojej twórczości przypadnie do gustu szczególnie czytelnikom cierpliwym, którym przyjemność sprawia odnajdywanie subtelnych wskazówek, jakie autorka wplata miedzy wypowiedzi swoich bohaterów. Nie liczcie jednak na szalone w swojej treści dialogi. Książkę „Dziewczyna z gór” cechuje intrygujący minimalizm, a także oszczędność formy na rzecz treści. Jakub początkowo wydaje się zupełnie zdystansowany, Nadia z kolei co naturalne boi się o swoje życie i liczy na ratunek z zewnątrz. Ten jednak nie przychodzi, a z czasem bohaterowie powieści otwierają się nawzajem przed sobą. Taka postawa z kolei otwiera zupełnie nowy rozdział w ich życiu.
„Dziewczyna z gór” to jedna z tych książek, które skłaniają czytelnika do refleksji. Małgorzata Warda prowokuje do odpowiedzi na pytania, w jakim stopniu dzieciństwo kształtuje nasza osobowość i czy można odwrócić niekorzystne zmiany, związane z doświadczoną w przeszłości traumą. Pytanie dotyczy również tego, jak daleko może się człowiek posunąć w swoich działaniach, aby przynajmniej an chwile poczuć radość i spełnienie? Uśmiech i radość nie są jednak w żadnym stopniu motywem przewodnim książki „Dziewczyna z gór”. Trzy słowa, którymi opisałabym powieść Małgorzaty Wardy to: rozpacz, nostalgia i melancholia. Tak się składa, że wszystkie wymienione określenia znakomicie wpisują się w klimat ośnieżonych stoków bieszczadzkich pagórków, gdzie widać jedynie ślady wilków. Wspomniane zwierzę pojawia się parokrotnie na lamach książki polskiej pisarki i można odnieść wrażenie, że w pewnym stopniu oddaje naturę głównego bohatera. Jakub jest samotnikiem, idzie przez całe życie sam, nawet jednak on zdaje się z czasem rozumieć, że takie życie niewiele jest warte. Postanawia to zmienić, a decyzja w tym przedmiocie na zawsze odmieni nie tylko jego życie, ale również porwanej Nadii.
Seria „Dziewczyna z gór” składa się z trzech tomów, trudno mi jednak powiedzieć, że Małgorzata Warda trzyma w kolejnych tomach wysoki poziom, jaki niewątpliwie przyniosła nam pierwsza część. Kolejne książki polskiej autorki zamierzam przeczytać do wiosny, zanim śnieg stopnieje w Bieszczadach. Zgadzam się z autorka, że region południowowschodniej Polski warty jest odwiedzenia o każdej porze roku. Jednak to zima czyni z Bieszczad osobliwy biegun zimna na naszej szerokości geograficznej. A tam, gdzie lezy śnieg po kolana, często znajdują się tajemnice, jakich świat nie chce lub nie potrafi dostrzec. Trzymam kciuki za dalsze losy Nadii, równie życzliwie spoglądam w stronę Jakuba.