Wiosną tego roku rozpoczęłam moją przygodę z „Pieśnią Lodu i Ognia” Georga R.R. Martina i nie miałam wtedy pojęcia, dokąd twórczość brytyjskiego pisarza mnie zaprowadzi. „Gra o tron” to jeden z najlepszych seriali w historii telewizji, a jej autor to człowiek nie tylko wielkiej wyobraźni, ale również błyskotliwy obserwator życia społecznego. Pierwsza książka należąca do tej serii powstała jeszcze w 1996 roku i z perspektywy czasu można odnieść wrażenie, że świat nie był jeszcze gotowy na rewolucję, jaką zaproponował George R.R. Nie chodzi wcale o smoki czy niebotycznie rozbudowane uniwersum, ale podejście brytyjskiego pisarza do postaci kobiecych. Lata 80’ i 90’ ubiegłego wieku to nawiązanie do takich postaci w światowej kinematografii jak John Rambo czy Conan Barbarzyńca, gdzie odpowiednio Sylwester Stallone i Arnold Schwarzenegger, którzy kontynuowali spuściznę Bruce’a Lee, symbolu kina akcji poprzednich dekad. Pamiętam z czasów mojej młodości, gdy w telewizji można było zobaczyć serial „Xena. Wojowniczka Księżniczka”, jednak trudno było oprzeć się wrażeniu, że przypomina on bajkę dla dziewczynek i w rzeczywistości nie stanowi kolejnego kroku w kierunku emancypacji. W jednym z wywiadów George R.R. Martin został zapytany, dlaczego postacie kobiece w „Pieśni Lodu i Ognia” to kobiety zimne, bezwzględne i wyrachowane. Brytyjski pisarz odpowiedział, że przychyla się do tezy, że kobiety też są ludźmi. Co to ma to wspólnego z twórczością Katarzyny Bondy i książka „Klatka dla niewinnych”, piątym z kolei tomem o zawodowych i życiowych perypetiach najsłynniejszego profilera w Polsce, Huberta Meyera?
Na wywiad przeprowadzony z Georgem R.R. Martinem trafiłam przypadkiem. Czytałam wtedy 5. część „Pieśni Lodu i Ognia” o podtytule „Taniec ze smokami”. Niedługo później trafiłam na wywiad polskiej pisarki, Katarzyny Bondy, która mocno pochyliła się nad słowami brytyjskiego pisarza i wyjaśniła swój punkt widzenia na rozumienie kobiecych postaci w literaturze w ciągu ostatnich lat. Przyznaje, nie znałam wcześniej książek Bondy, jednak jej słowa mocno mnie poruszyły. Kojarzyłam wcześniej polską pisarkę głównie za sprawą jej romansu z Remigiuszem Mrozem, o którym kolorowa prasa rozpisywała się bez przerwy, snując marzenia o potencjalnie imponujących owocach pracy dwójki najpoczytniejszych autorów w Polsce. Może sama dałam się złapać w pułapkę ozdoby na choince, jak przedstawiana była Katarzyna Bonda przez kolorową prasę w relacji z Remigiuszem Mrozem? Znam twórczość autorka „Chyłki”, perypetie Joanny i Konrada Oryńskiego znam na pamięć, a pod koniec września bieżącego roku nabyłam „Werdykt”, ostatnią na ten moment część związaną z parą naszych ulubionych adwokatów. Długo wydawało mi się, że nikt nie pisze w Polsce lepiej kryminałów, aniżeli czyni to Remigiusz Mróz. A potem kupiłam pierwsze pięć części związanych z sagą o Hubercie Meyerze i zrozumiałam, jak mocno niedoceniana pisarką w naszym kraju jest Katarzyna Bonda. Spore poruszenie kilka tygodni temu wywołała wypowiedź Olgi Tokarczuk – autorka „Ksiąg Jakubowych” otwarcie przyznała, że nie jest zainteresowana pisaniem swoich książek dla pieniędzy. Cóż, nie sposób nie zaważyć, że nasza noblistka cieszy się dziś uznanym statusem na polskim i światowym rynku literatury pięknej, który predysponuje ją śmiałych wypowiedzi, jednak w tamtym czasie poczytałam je sobie za słodko-gorzkie. Burza, jaką wywołała w mediach Olga Tokarczuk, jest najlepszym dowodem na to, że w naszym kraju literatura bardzo piękna wciąż czeka na swój czas. Nie może być inaczej, skoro statystyczny Polak czyta niewiele ponad jedną książkę rocznie, a księgarnie w naszym kraju sprzedają na potęgę książki Blanki Lipińskiej pod tytułem „365 dni”. Katarzyna Bonda znalazła w moich oczach złoty środek, który umożliwia jej trafienie w gusta szerszej publiczności, jednocześnie pozwalając na rozrywkę i głębokie refleksje. Jaki jest przepis na sukces byłej dziennikarki, a obecnie znakomitej pisarki?
Jak wspominała Katarzyna Bonda w jednym ze swoich wywiadów, bardzo obawiała się reakcji wydawcy, kiedy ukończyła książkę „Sprawa Niny Frank”, otwierającą serię o Hubercie Meyerze. Wynikało to przede wszystkim z pomysłu na tytułową bohaterkę. Katarzyna Bonda odważnie przedstawiła światu postać kobieca, która miała problemy alkoholowe, nie panowała nad emocjami i zupełnie nie wpisywała się w archetyp kobiecości, promowany na przestrzeni wieków przez dominujący w naszym kraju i całym niemal świecie patriarchat. Powieść miała swoją premierę 2007 roku. Trzy lata po wejściu polski do Unii Europejskiej, pięć lat przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej, organizowanych przez Polskę i Ukrainę. Kto dziś o tym pamięta? Pierwsza dekada XXI wieku to dziś w powszechnej świadomości czasy odległe. Telefony komórkowe wciąż jeszcze miały „antenkę”, a serial „Miodowe Lata” zbierał przed telewizorami milionową rzeszę fanów, śledzących losy rodziny Krawczyków, gdzie Pani domu nie pracowała, zawsze miała wyprasowana sukienkę i czekała w domu na męża z obiadem. Czasy jednak się zmieniły, dziś kobiety chcą od życia więcej i potrzebują nowych wzorców. Serial „Gra o Tron” był pierwszym w mojej ocenie tak poważnym sygnałem, że patriarchat odchodzi w niepamięć i potrzeba nowego rozdania, uwzględniającego siłę i potencjał współczesnych kobiet, które mają prawo żyć dokładnie tak, jak chcą. Pierwszym poważnym sygnałem w tym kierunku była premiera pierwszej książki wspomnianego już wyżej Remigiusza Mroza pod tytułem „Kasacja”. Joanna Chyłka piła tequile, słuchała Iron Maiden, rozstawiała po kątach facetów w kancelarii Żelażny&McVay..... krótko mówiąc, Aska była sobą, nawet jeśli otaczał ją bezwzględny świat warszawskiej palestry. To się sprzedawało. Przez kolejne lata Mróz przyzwyczaił nas, że wydaje 2-3 książki rocznie i postać głównej bohaterki ewoluowała, znamienne jednak, że przez długi czas to Joanna Chyłka nosiła spodnie w związku z Konradem Oryńskim. Znak naszych czasów, prowokacja, czy trafne studium współczesnych relacji między mężczyzną i kobietą?
Kiedy przeczytałam „Sprawę Niny Frank” i dalej „Tylko martwi nie kłamią, czułam ogromną satysfakcję. Przez lata nie mogłam przekonać się do rodzimej literatury. Czytałam w oryginale Stephana Kinga, Lee Childa czy Camillę Läckberg i miałam poczucie, że to, co proponują nam polscy autorzy to rzecz wtórna, aktualna na świecie przed laty i z pewnym opóźnieniem docierająca do pięknego kraju nad Wisłą. Łatwiej to dostrzec, kiedy podróżujemy i rozmawiamy z ludźmi na całym świecie, widać wtedy, że Polska nie jest dziś krajem tolerancyjnym i otwartym na zmiany. Przeciwnie, wciąż można usłyszeć pod nocnym sklepem, że „kobiety, zamiast rodzić, wolą dawać w szyję”. Czasem nawet podobne refleksje padają na salonach, co zresztą wcale nie zmienia ich przekazu. Twórczość Remigiusza Mroza budziła we mnie przez lata dość ambiwalentne uczucia. Uwielbiam Joannę Chyłkę, mocno kibicowałam jej w relacji z Zordonem, a sama postać głównej bohaterki wydawała mi się nosić w sobie burzą trudną do ogarnięcia. Która z nas tego nie zna? Dziś nie mam wątpliwości, że Katarzyna Bonda poszła o krok dalej – proponuje swoim czytelnikom mocne historie kryminalne, które między słowami mówią o nas więcej, niż chcielibyśmy sami przed sobą przyznać. I mówią o nas prawdę.
Pojawienie się w polskiej literaturze kryminału postaci Huberta Meyera wywołało we mnie początkowo ogromne zaskoczenie. Nawet w światowym kryminale rzadko możemy trafić na serie, gdzie profilerzy kryminalni grają pierwsze skrzypce. Sporo w międzyczasie czytałam wywiadów z Bondą i okazało się, że bagaż doświadczeń życiowych jako nosi polska autorka, predysponuje ją do tworzenia znakomitych powieści, a nie jest tajemnica, że tylko autor, który wiedzie ciekawe życie, może tworzyć ciekawe treści. W „Sprawie Niny Frank” autorka pojechała po bandzie – nie tylko w zakresie pomysłów na swoje postacie kobiece, ale również tło całej opowieści. Umiejscowienie akcji gdzieś w pobliżu polsko-białoruskiej granicy nie było oczywistym rozwiązaniem dla książki otwierającej serię. Zwłaszcza jeśli przez ostatnie lata polski kryminał utożsamiany był ze zwariowanym życiem w stolicy naszego kraju — Chyłka i Zordon mieli co robić w Warszawie, a my mieliśmy, o czym czytać. Kto jednak wiedział, gdzie leży Hajnówka, dopóki nie sięgnął po „Sprawę Niny Frank”? Smaczku tej historii dodaje fakt, że autorka od czwartego roku życia mieszkała w tej małej wiosce, położonej na południe od Białegostoku i doskonale orientuje się w lokalnych realiach. Research to słowo, które Katarzyna Bonda ma wpisane w swoją naturę, co w przeszłości pewnie miało wpływ na jej sukcesy dziennikarskie. Jak sama autorka przyznaje, musiała z czasem „wyjść ze starej skóry”, aby porzucić warsztat dziennikarski, rozwinąć się i napisać powieść fabularną.
Kolejnymi książkami z Hubertem Meyerem w roli głównej były „Florystka” (tom 3), „Nikt nie musi wiedzieć” (tom 4).” Klatka dla niewinnych” (tom 5).”Balwierz” (tom 6) oraz „Zimna sprawa” (tom 7). Aktualnie jestem przy piątym tomie tj. „Klatce dla niewinnych”, trudno jednak opowiedzieć, o czym jest ów powieść bez nawiązywania do poprzednich części cyklu. Książki same w sobie stanowią osobne opowieści i z powodzeniem można je czytać w dowolnej kolejności, niemniej prawdziwą ewolucję głównego bohatera na łamach powieści można odczytać dopiero po zrozumieniu motywów jego poprzednich decyzji.
W powieści „Florystka” główny bohater upadł i długo nie mógł się podnieść. Dostał mocno w kość od życia — stracił rodziców i wyjechał do domku letniskowego na północ kraju, gdzie w pijańskim amoku próbował zrozumieć, jak to możliwe, że przy poprzedniej pracy popełnił błędy w profilowaniu, które odcisnęły się piętnem na finale prowadzonej przez niego sprawy. Wydawać by się mogło, że postać wkurzonego i rozmiłowanego w alkoholu policjanta to nic nowego w historii kryminału. Huber Meyer jest jednak profilerem policyjny, pracuje w cieniu, a jego decyzje mają wpływ na skuteczność organów ścigania. We „Florystce” pojawia się szereg ważnych postaci i co ciekawe, większość z nich stanowią kobiety. Jakie są to kobiety? Na pewno niebezpieczne. Przykładem, o którym warto wspomnieć, jest Lena, którą Meyer spotyka na pierwszych stronach powieści na swojej werandzie. Kobieta odwiedza mężczyznę, bo chce zrozumieć tajniki jego zawodu, a sam Meyer jest zbyt pijany, aby zachować w tajemnicy swoje sekrety związane z pracą. Finalnie para ląduje w łóżku, a w moich oczach był to zabieg służący podkreśleniu, jak w fatalnym stanie znalazł się główny bohater. Nie była to pierwsza igraszka seksualna w wykonaniu naszego profilera, ale tamta sytuacja jest wyjątkowa skomplikowana i bez wątpienia każdy, kto śledzi poczynania Meyera, zrozumie, co mam na myśli. „Florystka” zapadła mi w pamięć również dlatego, że Katarzyna Bonda odważne eksperymentuje z gatunkiem. Jakie są książki kryminalne, wszyscy wiemy, sprawdzone motywy i schematy od lat chwytają za serca czytelników „Chyłki” i doskonale się sprzedają w naszym kraju. Katarzyna Bonda proponuje swoim czytelnikom więcej. Śledząc karierę pisarki, trafiłam na informacje, że „Florystka” miała być nowym rozdaniem w serii o policyjnym profilerze. Pojawiły się elementy związane z powieściami grozy, zjawiska paranormalne i mnóstwo niedopowiedzeń, potęgujących moją ciekawość czytelniczą. W mojej opinii „Florystka” to najlepsza powieść Katarzyny Bondy i jedna z najlepszych w historii polskiego kryminału.
Jakie zmiany w narracji zaproponowanej przez Katarzynę Bondę przyniosła powieść „Klatka dla niewinnych”? W poprzedniej części wydawało się, że Meyer gorzej już nie trafi. Nie tylko został uwikłany przez prokurator Rudy w skomplikowaną sieć intryg, gdzie prawo wcale nie było najważniejsze, a lojalność i dyskrecja wystawiły naszego bohatera na wielką próbę charakteru. Tym bardziej że pojawił się wątek osobisty i Meyer został postawiony przed dość osobliwym faktem:. Kobieta poinformowała go, że mieli razem dziecko, jednak syn nie żyje od kilku lat i kobieta potrzebuje pomocy Meyera w odnalezieniu sprawcy. Co łączy obie te sprawy? Zrozumienie tego ułatwi wam poruszanie się po jeszcze bardziej złożonej fabule powieści „Klatka dla niewinnych”.
Kolejna część przygód Huberta Meyera to chyba najbardziej skomplikowana kryminalna zagadka od Katarzyny Bondy. Na pewno pierwsza, w które główny bohater ma tak mocno pod górkę. Tym razem przeciwności losy związane z osobistymi perypetiami Meyera znikają gdzieś na drugim planie, a na czoło wysuwa się śledztwo prowadzone przez policyjnego profilera. Katarzyna Bonda znakomicie balansuje między cechami właściwymi dla kryminału, a romansowo-obyczajową warstwą swoich powieści. Kto więc nie przeczytał poprzednich części, wiele traci, ale nie przeszkadza to w gruncie rzeczy w zrozumieniu „Klatki dla niewinnych”. Po raz kolejny w drzwiach Meyera pojawia się prokurator Rudy i prosi o pomoc w odnalezieniu sprawcy brutalnego przestępstwa. Młoda kobieta została 43 razy ugodzona nożem, sprawca działał w amoku zbrodni, nikt jednak nie wiem, kim on był: świadków brak, poszlaki są niejasne, a postawa syna zamordowanej kobiety mocno nietypowa. Chłopak był świadkiem morderstwa, był w domu, kiedy zabito jego matkę, nic jednak nie powiedział w tej sprawie. W ogóle nic nie powiedział! Autentycznie, brak komunikacji z jego strony to wynik traumy, tak przynajmniej wydaje się na początku. Jak jest naprawdę? Katarzyna Bonda kreśli fabułę dedykowaną niewątpliwie dla miłośników gatunku – prowadzenie śledztwa z kolejnymi stronami staje się coraz bardziej zawiłe w oczach czytelnika, niejednokrotnie czułam się prowadzona na manowce przez autorkę i skutecznie wodzona za nos. Skazanym został mężczyzna kobiety, a kiedy wychodzi na przepustkę... z balkonu wypada w tajemniczych okolicznościach jego teściowa. Na miejscu zbrodni znajdują się zarówno wnuczek, jak i zięć, trudno jednak rozstrzygnąć, czy mają jakikolwiek związek ze śmiercią seniorki. Na jaw wychodzą w międzyczasie kolejne fakty, a niektóre tropy karzą brać pod uwagę scenariusz, że śmierć kobiet ma związek z dawną serią podobnych przypadków z przeszłości, gdy mordowano seryjnie kobiety w bliskiej okolicy. Może to jednak jedynie poszlaki i prawdziwym tłem dla mordercy były pobudki finansowe? Nie jasne powiązania lokalnego biznesu z miejscem zbrodni wydają się mieć znaczenie dla odkrycia prawdy. Hubert Meyer bierze pod uwagę rozmaite scenariusze, a jego dążenie za wszelką cenę do rozwikłania sprawy pcha jego samego w kierunku.... głównego podejrzanego. Jak by tego było mało, główny bohater po raz pierwszy w całej serii spojrzy śmierci w oczy. Czy wyjdzie zwycięsko z najtrudniejszej kryminalnej zagadki w swoim życiu? Sprawdźcie ?.
Minęła godzina, odkąd zaczęłam pisać, wypiłam w międzyczasie dwie kawy i zjadłam kawałek pizzy z wczoraj. Nie pisałam recenzji książek od czasów szkolnych, niemniej w przypadku serii z Hubertem Meyerem miałam dużo do powiedzenia i wykorzystałam ku temu okazje. Moi znajomi częściej oglądają serial, niż sięgają po beletrystykę, nie mogą już słuchać moich zachwytów nad twórczością Katarzyny Bondy ?. Powodów jest wiele — niezwykła dbałość autorki o przemyślane historie, które w moich oczach znakomicie się ze sobą spinają, pozostają wiarygodne. To ważne, biorąc pod uwagę moją trudną miłość, jaką drze twórczość Mroza. Złotego dziecku polskiego kryminału zdarza się czasem „odlecieć” i skierować swoje książki na tory odklejone od codzienności. Katarzyna Bonda zachowuje zdrowy balans między tym, co chce przekazać i tym, czego oczekują czytelnicy. Polecam bliżej przyjrzeć się życiu autorki, która w życiu przeżyła wiele rozczarowań i trudnych chwil, a dziś to wszystko widoczne jest między słowami jej książek. Jednocześnie rzadko zdarza się, aby literatura kryminału rodziła tyle okazji do uśmiechu, autorka odwołuje się do bieżących spraw, nierzadko posługuje się ironią, sarkazmem i prezentuje spory dystans do samej siebie. Kilka dni temu polski internet obiegła wiadomość, że wydawnictwo od lat współpracujące ze Stephanem Kingiem nabyło prawa do realizacji seriali i filmów opartych na twórczości Katarzyny Bondy. Ucieszyłam się, skoro w przeszłości autorka okazała się odkryciem na niwie literackiej, to możemy się spodziewać, że serial związany z przygodami Huberta Meyera, może przynieść nam nowe rozdanie w zakresie rodzimej kinematografii. Znając twórczość autorki i śledząc wywiady przez nią udzielane, nie mam wątpliwości, że Bonda nie pójdzie na kompromisy i będzie uparcie naciskać na wierność swojej książkowej sadze z policyjnym profilerem w roli głównej. Mocno na to liczę!